Nominacje generalskie dla Janickiego i Bielewnego budzą poważne wątpliwości. Ale czy słuszne? Może tym panom należy się nagroda za sumienne „niewykonanie obowiązków”?
Większość z nas pozostaje w jakimś „stosunku służbowym”. Mając swoją firmę sami płacimy za własne błędy. Będąc przełożonym ponosimy odpowiedzialność na potknięcia podwładnych. Mając nad sobą szefa wiemy, że rozliczy nas z naszych wpadek.
Dlaczego ten prosty układ zależności tak dziwnie funkcjonuje w ramach stosunków służbowych na najwyższych szczeblach władz polskich?
BOR spieprzył sprawę. Mam na myśli wpadkę stulecia – przy zabezpieczaniu wizyty polskiego prezydenta Lecha Kaczyńskiego w Smoleńsku 10 kwietnia 2010r. A może ja się mylę?
Procedury przestrzegane przy takiej wizycie, od przygotowań na lotnisku, w hotelu, na trasie przejazdu, w miejscu uroczystości itd. – aż do końcowego sprawdzenia tych miejsc, czy aby wszystko „zapięte na ostatni guzik” – to rutyna dla zawodowców. Chciałoby się odpowiedzieć dowcipnie, jak pan premier ostatnio zaglądając dziennikarce w dekolt, że chyba z tymi guzikami nie tak do końca…
Albo bez owijania w bawełnę – że ktoś totalnie skopał temat.
Ale chwileczkę. Chyba nie mam racji? Ponieważ nagle okazuje się, że osoby odpowiedzialne za to dostają … awans! Pal sześć ogólne wrażenie i te drobiazgi typu brak wykształcenia, w naszym kraju to nie pierwszyzna. Ale czy awansuje się autora porażki?
Może to więc nie porażka? Może to sprawne wypełnienie polecenia służbowego? Przecież nie można zakładać, że premier i prezydent to idioci, czy desperaci powierzający swój los, swoje życie w ręce nieudaczników?
Może to wyraz podziwu i wdzięczności, za doskonałą służbę, ofiarność w wypełnianiu misji. Nagroda za lojalność. Największy dowód zaufania poprzez wyznaczenie tych osób do dbania o własne życie podczas podróży.
A Wy jak sądzicie: Tusk i Komorowski to idioci powierzający swój los innym idiotom czy może dobrze wiedzą, kogo nagradza się za oddanie i lojalność?
Większość z nas pozostaje w jakimś „stosunku służbowym”. Mając swoją firmę sami płacimy za własne błędy. Będąc przełożonym ponosimy odpowiedzialność na potknięcia podwładnych. Mając nad sobą szefa wiemy, że rozliczy nas z naszych wpadek.
Dlaczego ten prosty układ zależności tak dziwnie funkcjonuje w ramach stosunków służbowych na najwyższych szczeblach władz polskich?
BOR spieprzył sprawę. Mam na myśli wpadkę stulecia – przy zabezpieczaniu wizyty polskiego prezydenta Lecha Kaczyńskiego w Smoleńsku 10 kwietnia 2010r. A może ja się mylę?
Procedury przestrzegane przy takiej wizycie, od przygotowań na lotnisku, w hotelu, na trasie przejazdu, w miejscu uroczystości itd. – aż do końcowego sprawdzenia tych miejsc, czy aby wszystko „zapięte na ostatni guzik” – to rutyna dla zawodowców. Chciałoby się odpowiedzieć dowcipnie, jak pan premier ostatnio zaglądając dziennikarce w dekolt, że chyba z tymi guzikami nie tak do końca…
Albo bez owijania w bawełnę – że ktoś totalnie skopał temat.
Ale chwileczkę. Chyba nie mam racji? Ponieważ nagle okazuje się, że osoby odpowiedzialne za to dostają … awans! Pal sześć ogólne wrażenie i te drobiazgi typu brak wykształcenia, w naszym kraju to nie pierwszyzna. Ale czy awansuje się autora porażki?
Może to więc nie porażka? Może to sprawne wypełnienie polecenia służbowego? Przecież nie można zakładać, że premier i prezydent to idioci, czy desperaci powierzający swój los, swoje życie w ręce nieudaczników?
Może to wyraz podziwu i wdzięczności, za doskonałą służbę, ofiarność w wypełnianiu misji. Nagroda za lojalność. Największy dowód zaufania poprzez wyznaczenie tych osób do dbania o własne życie podczas podróży.
A Wy jak sądzicie: Tusk i Komorowski to idioci powierzający swój los innym idiotom czy może dobrze wiedzą, kogo nagradza się za oddanie i lojalność?
22.06.2011 o godz. 20:44
komentuj (2)
Kilkunastu młodych działaczy stołecznej Platformy Obywatelskiej zrobiło sobie grilla pod mostem Poniatowskiego. Oprócz piwa, sporym powodzeniem cieszyła się cytrynowa wódka i różowe wino. Jak informuje Super Express, nie wszyscy wytrzymali do końca.
Jak donosi gazeta, zabawę, albo (jak kto woli) omawianie programu PO, na plaży pod mostem zorganizowała liderka mazowieckiego stowarzyszenia "Młodzi Demokraci". Dyskusje przy grillu (oczywiście o polityce) zaczęły się po godzinie 20 i ciągnęły się do późnych godzin nocnych. Do pysznych kiełbasek, jako napój serwowano sobie piwo. I nie tylko - partyjna młodzież przyniosła też różowe wino i wódkę "cytrynówkę".
Jak czytamy w Super Expressie, nie wszyscy jednak wytrzymali "trudy" tego spotkania. Niektórzy, po kilku godzinach ożywionej dyskusji, mieli już dosyć. No cóż, nie każdy nadaje się do polityki. To ciężki kawałek chleba. Trzeba mieć do niej serce... i mocną głowę.
Nie tak dawno, był pociąg w oparach alkoholu po zjeździe rocznicowym, teraz polityczny grill pod mostem. Ciekawe co członkowie Platformy wymyślą następnym razem? Może wspólny partyjny wypad na smażoną rybkę gdzieś nad morze albo świniobicie na mazurach? Oczywiście po to, aby nam Polakom, żyło się lepiej.
Jak donosi gazeta, zabawę, albo (jak kto woli) omawianie programu PO, na plaży pod mostem zorganizowała liderka mazowieckiego stowarzyszenia "Młodzi Demokraci". Dyskusje przy grillu (oczywiście o polityce) zaczęły się po godzinie 20 i ciągnęły się do późnych godzin nocnych. Do pysznych kiełbasek, jako napój serwowano sobie piwo. I nie tylko - partyjna młodzież przyniosła też różowe wino i wódkę "cytrynówkę".
Jak czytamy w Super Expressie, nie wszyscy jednak wytrzymali "trudy" tego spotkania. Niektórzy, po kilku godzinach ożywionej dyskusji, mieli już dosyć. No cóż, nie każdy nadaje się do polityki. To ciężki kawałek chleba. Trzeba mieć do niej serce... i mocną głowę.
Nie tak dawno, był pociąg w oparach alkoholu po zjeździe rocznicowym, teraz polityczny grill pod mostem. Ciekawe co członkowie Platformy wymyślą następnym razem? Może wspólny partyjny wypad na smażoną rybkę gdzieś nad morze albo świniobicie na mazurach? Oczywiście po to, aby nam Polakom, żyło się lepiej.
III RP to prawdziwy champion w kategorii „wzrosty”. Od 2007 roku w administracji wszystkich szczebli przybyło 55 tysięcy pracowników. Według danych Głównego Urzędu Statystycznego w chwili obecnej dysponujemy armią blisko 440 tysięcy urzędników. Rocznie na ich utrzymanie budżet państwa przeznacza blisko 20 miliardów złotych. Z tytułu podwyżki podatku VAT reżim ma uzyskać ok. 5 mld złotych….
Urzędy, agencje to znakomite żerowisko dla kolesi, rodziny, ciotków i pociotków wszelkiej maści. Świetnym przykładem jest Polska Agencja Żeglugi Powietrznej. W instytucji odpowiedzialnej za bezpieczeństwo lotów na polskim niebie, 40 proc. pracowników (678 z 1715) ma wśród innych zatrudnionych bliższych lub dalszych krewnych. 12 proc. pracowników (198 osób) jest ze sobą wprost powiązanych rodzinnie, bo mają te same adresy zamieszkania.
Najbardziej zasady „polityki prorodzinnej” wcielał w życie Leszek Gołąb, jeden z dyrektorów biur w PAŻP: w agencji pracują jego żona, dwie córki i dwóch zięciów. Sam prezes PAŻP Krzysztof Banaszek zatrudnił „tylko” żonę i siostrę.
By żyło się lepiej…
Na podstawie: RMF24/Rzeczpospolita
Źródło: http://www.nacjonalista.pl/2011/06/15/za-rzadow-po-psl-przybylo-55-tys-urzednikow/
Urzędy, agencje to znakomite żerowisko dla kolesi, rodziny, ciotków i pociotków wszelkiej maści. Świetnym przykładem jest Polska Agencja Żeglugi Powietrznej. W instytucji odpowiedzialnej za bezpieczeństwo lotów na polskim niebie, 40 proc. pracowników (678 z 1715) ma wśród innych zatrudnionych bliższych lub dalszych krewnych. 12 proc. pracowników (198 osób) jest ze sobą wprost powiązanych rodzinnie, bo mają te same adresy zamieszkania.
Najbardziej zasady „polityki prorodzinnej” wcielał w życie Leszek Gołąb, jeden z dyrektorów biur w PAŻP: w agencji pracują jego żona, dwie córki i dwóch zięciów. Sam prezes PAŻP Krzysztof Banaszek zatrudnił „tylko” żonę i siostrę.
By żyło się lepiej…
Na podstawie: RMF24/Rzeczpospolita
Źródło: http://www.nacjonalista.pl/2011/06/15/za-rzadow-po-psl-przybylo-55-tys-urzednikow/
Tagi:
tusk po urzednicy afery
Baczcie na słowa. Nie wolno mówić na premiera "Matoł" wiedzą to już wszyscy, ale czy wiedział kto, że nie wolno mówić "Ćwok" i "Prostak"? Przekonał się o tym na własnej skórze 22 letni student KUL-u, któremu grożą za te słowa - pod adresem premiera - trzy lata więzienia. Szczegóły tutaj
Stąd już tylko krok do myślozbrodni. Szanowni blogerzy - miejcie się na baczności. Uważnie dobierajcie słowa. Trzymajcie nerwy na wodzy. Wielki Brat patrzy i słucha. A oczy i uszy ma naprawdę wielkie. No więc ja czekam, aż policja zapuka mi do drzwi..
Stąd już tylko krok do myślozbrodni. Szanowni blogerzy - miejcie się na baczności. Uważnie dobierajcie słowa. Trzymajcie nerwy na wodzy. Wielki Brat patrzy i słucha. A oczy i uszy ma naprawdę wielkie. No więc ja czekam, aż policja zapuka mi do drzwi..
Wcześniej, zanim głos zabrały nowe twarze Platformy, o swoich wrażeniach "nowego w Platformie" opowiadał Radosław Sikorski, który związek z PiS zamienił na PO. - Stojąc przed wami, pamiętam, że nie byłem tu w dniu narodzin. Przystąpiłem w 2007 roku w Gnieźnie, gdy Platforma Obywatelska dołowała w sondażach. Znajomi przestrzegali mnie przed błędem: będziesz kwiatkiem do kożucha - mówili. Dziś mogę powiedzieć: pokażcie mi inną partię, która w ciągu czterech lat powierzy człowiekowi poważny urząd, da mu szansę w prawyborach, wybierze wiceprzewodniczącym i zleci koordynowanie prac programowych. Dziękuję ci, Platformo. A wdzięczność, którą odczuwam, daje mi jednocześnie prawo do powiedzenia innym: chodźcie z nami - mówił Radosław Sikorski.
Bartoszowi Arłukowiczowi czy Joannie Kluzik-Rostkowskiej mogły się tylko oczy zaświecić na wieść, na jakie to stanowiska i zaszczyty mogą liczyć, jeśli tylko gorliwie, jak Sikorski, będą "dorzynać watahy". Arłukowicz, oprócz pierwszego miejsca na szczecińskiej liście PO do Sejmu, otrzymał już od razu wysoko wynagradzane stanowisko sekretarza stanu w kancelarii premiera. Tego, że Kluzik-Rostkowska miałaby startować z pierwszego miejsca na liście PO w Rybniku, podczas sobotniej konwencji oficjalnie jednak nie ogłoszono.
"Witaj, Joanno" - tym słowami Sławomir Nowak powitał Kluzik-Rostkowską na konwencji PO. Sama posłanka też dała wyraz temu, jak dobrze czuje się w otoczeniu Tuska, Schetyny, Grabarczyka, Sikorskiego czy Rostowskiego. - Bardzo mi się podoba wasze towarzystwo. Jestem tu dzisiaj z wami również dlatego, że wierzę, że podzielam wasze marzenia, że podzielam marzenia was wszystkich o wolnej, bogatej i dobrze urządzonej Polsce - mówiła. - Jestem dzisiaj z wami dlatego, że wierzyłam i wierzę, że Polacy chcą pokoju, nie wojny, że Polacy chcą miłości, nie nienawiści. Jednym słowem, jestem dzisiaj z wami, ponieważ jest mi z wami po drodze - zapewniła secesjonistka.
Jarosław Kaczyński czy Donald Tusk, PiS, PJN czy Platforma - różnicy Joannie Kluzik-Rostkowskiej zdaje się to nie robić. A jeszcze niedawno, gdy pojawiły się spekulacje, iż może zasilić szeregi Platformy, wypowiadała się stanowczo: - Uważam to za uwłaczające mojej godności, mojemu honorowi wyobrażanie sobie, że ja mogę opuścić swój zespół i bez tego zespołu gdzieś sobie pójść - oświadczała Kluzik-Rostkowska w Sejmie przed telewizyjnymi kamerami i mikrofonami reporterów.
Bartoszowi Arłukowiczowi czy Joannie Kluzik-Rostkowskiej mogły się tylko oczy zaświecić na wieść, na jakie to stanowiska i zaszczyty mogą liczyć, jeśli tylko gorliwie, jak Sikorski, będą "dorzynać watahy". Arłukowicz, oprócz pierwszego miejsca na szczecińskiej liście PO do Sejmu, otrzymał już od razu wysoko wynagradzane stanowisko sekretarza stanu w kancelarii premiera. Tego, że Kluzik-Rostkowska miałaby startować z pierwszego miejsca na liście PO w Rybniku, podczas sobotniej konwencji oficjalnie jednak nie ogłoszono.
"Witaj, Joanno" - tym słowami Sławomir Nowak powitał Kluzik-Rostkowską na konwencji PO. Sama posłanka też dała wyraz temu, jak dobrze czuje się w otoczeniu Tuska, Schetyny, Grabarczyka, Sikorskiego czy Rostowskiego. - Bardzo mi się podoba wasze towarzystwo. Jestem tu dzisiaj z wami również dlatego, że wierzę, że podzielam wasze marzenia, że podzielam marzenia was wszystkich o wolnej, bogatej i dobrze urządzonej Polsce - mówiła. - Jestem dzisiaj z wami dlatego, że wierzyłam i wierzę, że Polacy chcą pokoju, nie wojny, że Polacy chcą miłości, nie nienawiści. Jednym słowem, jestem dzisiaj z wami, ponieważ jest mi z wami po drodze - zapewniła secesjonistka.
Jarosław Kaczyński czy Donald Tusk, PiS, PJN czy Platforma - różnicy Joannie Kluzik-Rostkowskiej zdaje się to nie robić. A jeszcze niedawno, gdy pojawiły się spekulacje, iż może zasilić szeregi Platformy, wypowiadała się stanowczo: - Uważam to za uwłaczające mojej godności, mojemu honorowi wyobrażanie sobie, że ja mogę opuścić swój zespół i bez tego zespołu gdzieś sobie pójść - oświadczała Kluzik-Rostkowska w Sejmie przed telewizyjnymi kamerami i mikrofonami reporterów.
Platforma Obywatelska czciła w sobotę dziesięciolecie istnienia. Podczas konwencji partii, podsumowując 10 lat, a zwłaszcza jedyną i trwającą kadencję rządów PO, o sprawach trudnych się nie mówiło. Ewentualne pytania obserwatorów o drożyznę w sklepach, podwyżkę podatków, skok na pieniądze przyszłych emerytów czy kolejne inwestycje drogowe, które w obliczu Euro 2012 stanęły pod dużym znakiem zapytania, miały zasłonić doniesienia o następnych osobach, które Platformie udało się pozyskać z konkurencyjnych obozów politycznych. Słuchając wystąpień kolejnych politycznych gwiazd PO, można było z pewnością stwierdzić, że w sobotę w całym kraju nie sposób byłoby znaleźć zgromadzonych w jednym miejscu tak wielu pewnych siebie i z siebie zadowolonych ludzi, jak w gdańskiej Ergo Arenie.
Tysiące działaczy Platformy Obywatelskiej zjechało w sobotę do hali Ergo Arena w Gdańsku, aby świętować dziesiątą rocznicę powstania tej partii. Życzenia "sukcesów, odwagi, siły i szczęścia" - nagrane i odtworzone na telebimie - przekazał zgromadzonym Bronisław Komorowski. Prezydent stwierdził, że "Platforma Obywatelska jest ciągle potrzebna", a on sam zostawił w niej "kawał serca". Najważniejszym punktem sobotniej konwencji było wystąpienie przewodniczącego PO, premiera Donalda Tuska. To jednak uczyniono ostatnim punktem imprezy. Zanim do swoich działaczy wyszedł szef partii, zgromadzeni oglądali odtwarzane urywki nagrań z wystąpień polityków PO, m.in. z kampanii wyborczych, pokazujące chwile chwały tej partii, przerywane wywiadami i wystąpieniami na żywo największych politycznych gwiazd Platformy.
Nie był to czas, kiedy mówiono o rzeczywistych skutkach ostatnich czterech lat rządów Donalda Tuska: wysokim bezrobociu, olbrzymim zadłużaniu kraju, drożyźnie czy podwyższaniu podatków. Gwiazdy PO, m.in. Bogdan Klich, Cezary Grabarczyk, Jacek Rostowski - przedstawiony jako "pogromca deficytu", Ewa Kopacz, Grzegorz Schetyna czy Hanna Gronkiewicz-Waltz, opowiadały o swoich sukcesach i o "optymizmie". Nasuwało się tylko pytanie, czy ci ministrowie i prominentni politycy PO rzeczywiście rządzą w Polsce i czy mają świadomość tego, co naprawdę w kraju się dzieje. Jest jednak oczywiste, że ich słowa skierowane były przede wszystkim do zwykłych działaczy Platformy, którzy do Gdańska zjechali niejednokrotnie z dalekiej prowincji i którzy doskonale wiedzą, jak naprawdę żyje się dziś pod rządami ich partii zwykłym ludziom - by nie tracili wiary i dalej z przekonaniem opowiadali i obiecywali wyborcom, że będzie żyło się lepiej.
Owacje za brak dróg
Szczególnie doceniana wśród działaczy PO musi być działalność ministra infrastruktury Cezarego Grabarczyka. Nie szkodzi, że kolejne obiecywane przez niego na Euro 2012 odcinki dróg na mistrzostwa Europy nie będą gotowe, nie zaszkodził też zimowy chaos na kolei - ludzie zmuszani do wsiadania do pociągów oknami, za co szef resortu infrastruktury ponosi polityczną odpowiedzialność. Takich owacji jak Grabarczyk - z wyjątkiem premiera Donalda Tuska - nie dostał podczas sobotniej konwencji nikt inny.
Oczekiwany przez działaczy swojej partii premier Donald Tusk widowiskowo przesuwał się w stronę mównicy. Długie minuty zajęło przewodniczącemu Platformy przebycie drogi przez halę wśród zgromadzonych - prowadzony niczym obrońca mistrzowskiego pasa, wśród tłumu widzów, na zawodowy ring bokserski. Donald Tusk mówił, iż przed 10 laty Platforma Obywatelska to był "poryw serca". - Ale dziś nikt nas nie będzie oceniał na podstawie naszych wzruszeń. Dzisiaj wszyscy Polacy będą oceniać nas za władzę, jaką wykonujemy - mówił premier. Do działaczy swojej partii zwrócił się, by "uczciwie powiedzieć Polsce, co zrobiliśmy przez 10 lat dla naszej Ojczyzny". - Nie możemy ani przez sekundę zapomnieć, że 40 mln ludzi, 40 mln Polaków żyjących w samym sercu Europy, że te miliony Polaków mają bardzo twarde, surowe wymagania wobec tych, którzy ośmielają się prosić o władzę - mówił przewodniczący PO.
Tusk przed księdzem nie uklęknie
Premier zaznaczył, że Polska potrzebuje dzisiaj wielkiego zrywu, lecz nie dlatego, że coś nam grozi, ale dlatego, że mamy "nadzwyczajną szansę". - Jesteśmy o krok od tego, a prezydencja Polski w Europie jest kapitalnym momentem do tego, żeby powiedzieć: Polska jest jedną z najdumniejszych ojczyzn dla swoich rodaków, nie tylko na naszym kontynencie. Nie ma już powodu do żadnego wstydu, do żadnych kompleksów - stwierdził. Jak zaznaczył, jego partia zrobiła wielki wysiłek, aby "Polacy mogli iść wyprostowani i z dumą patrzeć w oczy innym nacjom". - Zbudowaliśmy po latach rząd, który - popełniając błędy i mając sukcesy na koncie - idzie do Polaków wyprostowany i z podniesionym czołem. Wiecie dlaczego? Ponieważ dzisiaj w Polsce - i pokazały to także te 4 lata kryzysu - władze publiczne, ci, których wybrali Polacy, dzisiaj nie kłaniają się nisko tym, którzy mają siłę, dysponują możliwością przemocy, którzy chcą wykorzystać swoją siłę do tego, aby jedni słabsi stracili, a oni zyskali - mówił premier Tusk. - Ten rząd dziś i - jeśli wygramy - nasz przyszły rząd nie będzie się nisko kłaniał ani bankierom, ani związkowcom, nie będziemy klęczeli przed księdzem, bo do klęczenia jest kościół przed Bogiem, a nie przed księdzem - dodał. Szef partii zaznaczył, iż ta "wielka obywatelska platforma" uklęknąć może "przed tymi, którzy dają nam pracę i zlecą robotę do wykonania".
Donald Tusk na podstawie odbytej gospodarskiej wizyty dokonał też diagnozy sytuacji w kraju. - Wczoraj z premierem Norwegii byłem w gdańskiej stoczni remontowej i obok, w dawnej północnej, gdzie buduje się znowu statki. Spotkałem dumnych, szczęśliwych stoczniowców. Chcę wam powiedzieć, że tak jak ze stoczniami, jak z wieloma innymi sprawami w Polsce my jesteśmy od tego, żeby, kiedy nawet najostrzej nas krytykują, podejmować twarde decyzje, odważne decyzje, ale po to, żeby później móc zacząć od nowa robić rzeczy dobre - stwierdził Tusk, zaznaczając, że teraz stocznie stają na nogi i konkurują ceną.
Teraz polska Barcelona
Nie mniej interesującym punktem sobotniej konwencji PO niż wystąpienie premiera miało być przedstawienie nowych nabytków Platformy Obywatelskiej, pozyskanych ze środowiska politycznych konkurentów. Na kilka dni przed konwencją spekulowano, że Platformę zasilą była szefowa kampanii prezydenckiej Jarosława Kaczyńskiego i szefowa PJN Joanna Kluzik-Rostkowska oraz były europoseł SdPl, były minister spraw zagranicznych Dariusz Rosati. Oboje na konwencji Platformy zabrali głos. Podobnie jak pozyskany przed miesiącem z szeregów SLD Bartosz Arłukowicz. Zapisanie się do Platformy ogłosił też - dotychczas bezpartyjny - marszałek Senatu Bogdan Borusewicz. Premier Tusk podkreślał, że Platforma jest miejscem dla tych, którzy chcą Polsce dobrze służyć.
- Niektórzy zadają sobie pytanie: jak to możliwe - Bartosz Arłukowicz, Joanna Kluzik-Rostkowska, Dariusz Rosati - ale tym wszystkim odpowiedzmy: możecie tak pytać o każdego z nas na tej sali, o każdego z nas bez wyjątku - mówił szef rządu, informując, iż Platforma od 10 lat buduje "taką polską Barcelonę". - Ja tam nie będę mówił, kto Messi, kto Guardiola, kto... i tak dalej, ale po to budujemy polską Barcelonę, po to chcemy, aby z nami pracowali najlepsi ludzie - nie pytamy o narodowość, kolor skóry. Pytamy, czy chcą grać, czy chcą wygrywać, czy chcą walczyć dla swojego klubu. Więc ja was pytam, czy chcecie walczyć o to, żeby Polska była coraz mocniejsza, żeby Polakom żyło się w Polsce coraz lepiej, czy chcecie lojalnie dla Ojczyzny działać każdego dnia. Nie odepchniemy nikogo, nie odrzucimy nikogo. Bo to jest zadanie rzeczywiście dla wszystkich Polaków - powiedział premier.
Tysiące działaczy Platformy Obywatelskiej zjechało w sobotę do hali Ergo Arena w Gdańsku, aby świętować dziesiątą rocznicę powstania tej partii. Życzenia "sukcesów, odwagi, siły i szczęścia" - nagrane i odtworzone na telebimie - przekazał zgromadzonym Bronisław Komorowski. Prezydent stwierdził, że "Platforma Obywatelska jest ciągle potrzebna", a on sam zostawił w niej "kawał serca". Najważniejszym punktem sobotniej konwencji było wystąpienie przewodniczącego PO, premiera Donalda Tuska. To jednak uczyniono ostatnim punktem imprezy. Zanim do swoich działaczy wyszedł szef partii, zgromadzeni oglądali odtwarzane urywki nagrań z wystąpień polityków PO, m.in. z kampanii wyborczych, pokazujące chwile chwały tej partii, przerywane wywiadami i wystąpieniami na żywo największych politycznych gwiazd Platformy.
Nie był to czas, kiedy mówiono o rzeczywistych skutkach ostatnich czterech lat rządów Donalda Tuska: wysokim bezrobociu, olbrzymim zadłużaniu kraju, drożyźnie czy podwyższaniu podatków. Gwiazdy PO, m.in. Bogdan Klich, Cezary Grabarczyk, Jacek Rostowski - przedstawiony jako "pogromca deficytu", Ewa Kopacz, Grzegorz Schetyna czy Hanna Gronkiewicz-Waltz, opowiadały o swoich sukcesach i o "optymizmie". Nasuwało się tylko pytanie, czy ci ministrowie i prominentni politycy PO rzeczywiście rządzą w Polsce i czy mają świadomość tego, co naprawdę w kraju się dzieje. Jest jednak oczywiste, że ich słowa skierowane były przede wszystkim do zwykłych działaczy Platformy, którzy do Gdańska zjechali niejednokrotnie z dalekiej prowincji i którzy doskonale wiedzą, jak naprawdę żyje się dziś pod rządami ich partii zwykłym ludziom - by nie tracili wiary i dalej z przekonaniem opowiadali i obiecywali wyborcom, że będzie żyło się lepiej.
Owacje za brak dróg
Szczególnie doceniana wśród działaczy PO musi być działalność ministra infrastruktury Cezarego Grabarczyka. Nie szkodzi, że kolejne obiecywane przez niego na Euro 2012 odcinki dróg na mistrzostwa Europy nie będą gotowe, nie zaszkodził też zimowy chaos na kolei - ludzie zmuszani do wsiadania do pociągów oknami, za co szef resortu infrastruktury ponosi polityczną odpowiedzialność. Takich owacji jak Grabarczyk - z wyjątkiem premiera Donalda Tuska - nie dostał podczas sobotniej konwencji nikt inny.
Oczekiwany przez działaczy swojej partii premier Donald Tusk widowiskowo przesuwał się w stronę mównicy. Długie minuty zajęło przewodniczącemu Platformy przebycie drogi przez halę wśród zgromadzonych - prowadzony niczym obrońca mistrzowskiego pasa, wśród tłumu widzów, na zawodowy ring bokserski. Donald Tusk mówił, iż przed 10 laty Platforma Obywatelska to był "poryw serca". - Ale dziś nikt nas nie będzie oceniał na podstawie naszych wzruszeń. Dzisiaj wszyscy Polacy będą oceniać nas za władzę, jaką wykonujemy - mówił premier. Do działaczy swojej partii zwrócił się, by "uczciwie powiedzieć Polsce, co zrobiliśmy przez 10 lat dla naszej Ojczyzny". - Nie możemy ani przez sekundę zapomnieć, że 40 mln ludzi, 40 mln Polaków żyjących w samym sercu Europy, że te miliony Polaków mają bardzo twarde, surowe wymagania wobec tych, którzy ośmielają się prosić o władzę - mówił przewodniczący PO.
Tusk przed księdzem nie uklęknie
Premier zaznaczył, że Polska potrzebuje dzisiaj wielkiego zrywu, lecz nie dlatego, że coś nam grozi, ale dlatego, że mamy "nadzwyczajną szansę". - Jesteśmy o krok od tego, a prezydencja Polski w Europie jest kapitalnym momentem do tego, żeby powiedzieć: Polska jest jedną z najdumniejszych ojczyzn dla swoich rodaków, nie tylko na naszym kontynencie. Nie ma już powodu do żadnego wstydu, do żadnych kompleksów - stwierdził. Jak zaznaczył, jego partia zrobiła wielki wysiłek, aby "Polacy mogli iść wyprostowani i z dumą patrzeć w oczy innym nacjom". - Zbudowaliśmy po latach rząd, który - popełniając błędy i mając sukcesy na koncie - idzie do Polaków wyprostowany i z podniesionym czołem. Wiecie dlaczego? Ponieważ dzisiaj w Polsce - i pokazały to także te 4 lata kryzysu - władze publiczne, ci, których wybrali Polacy, dzisiaj nie kłaniają się nisko tym, którzy mają siłę, dysponują możliwością przemocy, którzy chcą wykorzystać swoją siłę do tego, aby jedni słabsi stracili, a oni zyskali - mówił premier Tusk. - Ten rząd dziś i - jeśli wygramy - nasz przyszły rząd nie będzie się nisko kłaniał ani bankierom, ani związkowcom, nie będziemy klęczeli przed księdzem, bo do klęczenia jest kościół przed Bogiem, a nie przed księdzem - dodał. Szef partii zaznaczył, iż ta "wielka obywatelska platforma" uklęknąć może "przed tymi, którzy dają nam pracę i zlecą robotę do wykonania".
Donald Tusk na podstawie odbytej gospodarskiej wizyty dokonał też diagnozy sytuacji w kraju. - Wczoraj z premierem Norwegii byłem w gdańskiej stoczni remontowej i obok, w dawnej północnej, gdzie buduje się znowu statki. Spotkałem dumnych, szczęśliwych stoczniowców. Chcę wam powiedzieć, że tak jak ze stoczniami, jak z wieloma innymi sprawami w Polsce my jesteśmy od tego, żeby, kiedy nawet najostrzej nas krytykują, podejmować twarde decyzje, odważne decyzje, ale po to, żeby później móc zacząć od nowa robić rzeczy dobre - stwierdził Tusk, zaznaczając, że teraz stocznie stają na nogi i konkurują ceną.
Teraz polska Barcelona
Nie mniej interesującym punktem sobotniej konwencji PO niż wystąpienie premiera miało być przedstawienie nowych nabytków Platformy Obywatelskiej, pozyskanych ze środowiska politycznych konkurentów. Na kilka dni przed konwencją spekulowano, że Platformę zasilą była szefowa kampanii prezydenckiej Jarosława Kaczyńskiego i szefowa PJN Joanna Kluzik-Rostkowska oraz były europoseł SdPl, były minister spraw zagranicznych Dariusz Rosati. Oboje na konwencji Platformy zabrali głos. Podobnie jak pozyskany przed miesiącem z szeregów SLD Bartosz Arłukowicz. Zapisanie się do Platformy ogłosił też - dotychczas bezpartyjny - marszałek Senatu Bogdan Borusewicz. Premier Tusk podkreślał, że Platforma jest miejscem dla tych, którzy chcą Polsce dobrze służyć.
- Niektórzy zadają sobie pytanie: jak to możliwe - Bartosz Arłukowicz, Joanna Kluzik-Rostkowska, Dariusz Rosati - ale tym wszystkim odpowiedzmy: możecie tak pytać o każdego z nas na tej sali, o każdego z nas bez wyjątku - mówił szef rządu, informując, iż Platforma od 10 lat buduje "taką polską Barcelonę". - Ja tam nie będę mówił, kto Messi, kto Guardiola, kto... i tak dalej, ale po to budujemy polską Barcelonę, po to chcemy, aby z nami pracowali najlepsi ludzie - nie pytamy o narodowość, kolor skóry. Pytamy, czy chcą grać, czy chcą wygrywać, czy chcą walczyć dla swojego klubu. Więc ja was pytam, czy chcecie walczyć o to, żeby Polska była coraz mocniejsza, żeby Polakom żyło się w Polsce coraz lepiej, czy chcecie lojalnie dla Ojczyzny działać każdego dnia. Nie odepchniemy nikogo, nie odrzucimy nikogo. Bo to jest zadanie rzeczywiście dla wszystkich Polaków - powiedział premier.
Do zacnego zbioru lewackich bredni dorzuca swoje trzy grosze Gadu-Gadu. Informacje serwowane przez ten komunikator już nie raz przesiąknięte były głupotą. Tym razem Gadu-Gadu przyjęło rolę obrońcy "uciśnionych i dyskryminowanych". Chodzi o ustawę o wspieraniu rodziny i pieczy zastępczej. Nieprzyjęta (niestety) poprawka wniesiona przez Senat zakazywałaby prowadzenia rodzinnych domów dziecka oraz pełnienia funkcji rodziców zastępczych przez homoseksualistów. Zdaniem GG taka poprawka to "objaw dyskryminacji". Całe szczęście, ze poprawka ta została odrzucona! Przecież przeczy ona zasadzie równości oraz zobowiązaniom narzucanym przez UE. Cóż za ciemnogród panuje w tej Polsce. Wstyd i hańba! To się nie godzi, trzeba iść z duchem czasu, być postępowym, nowoczesnym!
Oberwało się również NORMALNEJ RODZINIE. Komunikator przedstawia opinię posła PO Norberta Raby, wg którego „normalne rodziny w żaden sposób nie są gwarantem właściwej opieki nad dzieckiem."
ŁAPY PRECZ OD POLSKICH DZIECI!
STOP HOMOPROPAGANDZIE!
CHŁOPAK, DZIEWCZYNA - NORMALNA RODZINA!
Oberwało się również NORMALNEJ RODZINIE. Komunikator przedstawia opinię posła PO Norberta Raby, wg którego „normalne rodziny w żaden sposób nie są gwarantem właściwej opieki nad dzieckiem."
ŁAPY PRECZ OD POLSKICH DZIECI!
STOP HOMOPROPAGANDZIE!
CHŁOPAK, DZIEWCZYNA - NORMALNA RODZINA!
Minister finansów Jacek Rostowski jest odpowiedzialny za najgorszy od 20 lat stan finansów publicznych - powiedział w środę w Sejmie Sławomir Kopyciński (SLD), uzasadniając wniosek o wotum nieufności dla szefa resortu finansów.
W Sejmie trwa debata nad wnioskiem Sojuszu o odwołanie ministra finansów Jacka Rostowskiego.
Kopyciński podkreślał, że Rostowski - jako konstytucyjny minister - odpowiada za stan finansów państwa i politykę finansową państwa, ale zadaniom tym nie sprostał, „doprowadzając w okresie swojego urzędowania do najgorszego stanu finansów publicznych od 20 lat”.
Zaznaczył, że opozycja „otwiera oczy rządu” na problemy przeciętnych Polaków, których ten nie chce dostrzec. Jego zdaniem to rząd, a nie spekulanci, ponosi odpowiedzialność za drożyznę. Ocenił też, że przerzucono koszty wychodzenia z kryzysu na najuboższych.
Kopyciński mówił, że w ciągu czterech lat, od kiedy władzę przejęła koalicja PO-PSL, cena metra sześciennego gazu wzrosła o 25 proc., a energia elektryczna podrożała o 38 proc., woda o 60 proc.,
węgiel o 46 proc.
- O ile w tym okresie wzrosły pensje, wzrosły świadczenia? - pytał poseł, zaznaczając, że średnio koszty opłacenia rachunków wzrosły o 40 proc.
Poseł obarczył Rostowskiego odpowiedzialnością za pogłębiające się obszary biedy. Wskazał, że 2 miliony polskich dzieci straciło prawo do zasiłków, bo zamrożono kryterium dochodowe uprawniające do pomocy.
- Wbrew temu co rząd twierdzi, wciąż spada siła nabywcza świadczeń i płac - mówił.
Zarzucił Rostowskiemu, że myśli tylko w perspektywie wyborów: samorządowych, prezydenckich, parlamentarnych, a jego polityka to nie walka z kryzysem, tylko administrowanie nim.
- Swoim następcom minister Rostowski zostawi tylko długi. (...) Coraz większą część przychodów budżetowych trzeba wydawać na obsługę zadłużenia – mówił Kopyciński.
W Sejmie trwa debata nad wnioskiem Sojuszu o odwołanie ministra finansów Jacka Rostowskiego.
Kopyciński podkreślał, że Rostowski - jako konstytucyjny minister - odpowiada za stan finansów państwa i politykę finansową państwa, ale zadaniom tym nie sprostał, „doprowadzając w okresie swojego urzędowania do najgorszego stanu finansów publicznych od 20 lat”.
Zaznaczył, że opozycja „otwiera oczy rządu” na problemy przeciętnych Polaków, których ten nie chce dostrzec. Jego zdaniem to rząd, a nie spekulanci, ponosi odpowiedzialność za drożyznę. Ocenił też, że przerzucono koszty wychodzenia z kryzysu na najuboższych.
Kopyciński mówił, że w ciągu czterech lat, od kiedy władzę przejęła koalicja PO-PSL, cena metra sześciennego gazu wzrosła o 25 proc., a energia elektryczna podrożała o 38 proc., woda o 60 proc.,
węgiel o 46 proc.
- O ile w tym okresie wzrosły pensje, wzrosły świadczenia? - pytał poseł, zaznaczając, że średnio koszty opłacenia rachunków wzrosły o 40 proc.
Poseł obarczył Rostowskiego odpowiedzialnością za pogłębiające się obszary biedy. Wskazał, że 2 miliony polskich dzieci straciło prawo do zasiłków, bo zamrożono kryterium dochodowe uprawniające do pomocy.
- Wbrew temu co rząd twierdzi, wciąż spada siła nabywcza świadczeń i płac - mówił.
Zarzucił Rostowskiemu, że myśli tylko w perspektywie wyborów: samorządowych, prezydenckich, parlamentarnych, a jego polityka to nie walka z kryzysem, tylko administrowanie nim.
- Swoim następcom minister Rostowski zostawi tylko długi. (...) Coraz większą część przychodów budżetowych trzeba wydawać na obsługę zadłużenia – mówił Kopyciński.
Tagi:
rzad podwyzki tusk
Zbigniew Chlebowski i Mirosław Drzewiecki, zamieszani w aferę hazardową, najprawdopodobniej nie usłyszą zarzutów. W śledztwie są jedynie świadkami. - informuje „Rzeczpospolita”.
Zarówno Zbigniew Chlebowski, jak i Mirosław Drzewiecki mogą odetchnąć z ulgą. Nie usłyszą zarzutów w sprawie afery hazardowej, ponieważ prokuratura uznała, że politycy PO są jedynie świadkami w tej sprawie.
– Zbigniew Chlebowski został przesłuchany w ubiegłym tygodniu, Mirosław Drzewiecki wczoraj. Obaj w charakterze świadków – potwierdza w rozmowie z „Rzeczpospolitą” Monika Lewandowska, rzecznik Prokuratury Okręgowej w Warszawie.
Przesłuchanie Chlebowskiego i Drzewieckiego w charakterze świadków zdaniem jednego ze śledczych, na którego powołuje się „Rzeczpospolita”, praktycznie przesądza o sposobie zakończenia śledztwa.
– Jeżeli ktoś jest potencjalnym podejrzanym, nie przesłuchuje się go wcześniej w charakterze świadka. Chodzi o uczciwość procesową i zasady postępowania – tłumaczy Kazimierz Olejnik, były wiceprokurator generalny.
Kulisy afery hazardowej „Rzeczpospolita” ujawniła w październiku 2009 roku. Wówczas CBA w ramach operacji „Black Jack” ustaliło, że biznesmeni z Dolnego Śląska: Ryszard Sobiesiak i Jan Kosek, starali się załatwić korzystne dla swoich firm zapisy w nowelizacji ustawy hazardowej.
Centralne Biuro Antykorupcyjne założyło politykom oraz biznesmenom podsłuchy. Wówczas okazało się, że kontaktowali się oni wzajemnie i spotykali.
Zarówno Zbigniew Chlebowski, jak i Mirosław Drzewiecki mogą odetchnąć z ulgą. Nie usłyszą zarzutów w sprawie afery hazardowej, ponieważ prokuratura uznała, że politycy PO są jedynie świadkami w tej sprawie.
– Zbigniew Chlebowski został przesłuchany w ubiegłym tygodniu, Mirosław Drzewiecki wczoraj. Obaj w charakterze świadków – potwierdza w rozmowie z „Rzeczpospolitą” Monika Lewandowska, rzecznik Prokuratury Okręgowej w Warszawie.
Przesłuchanie Chlebowskiego i Drzewieckiego w charakterze świadków zdaniem jednego ze śledczych, na którego powołuje się „Rzeczpospolita”, praktycznie przesądza o sposobie zakończenia śledztwa.
– Jeżeli ktoś jest potencjalnym podejrzanym, nie przesłuchuje się go wcześniej w charakterze świadka. Chodzi o uczciwość procesową i zasady postępowania – tłumaczy Kazimierz Olejnik, były wiceprokurator generalny.
Kulisy afery hazardowej „Rzeczpospolita” ujawniła w październiku 2009 roku. Wówczas CBA w ramach operacji „Black Jack” ustaliło, że biznesmeni z Dolnego Śląska: Ryszard Sobiesiak i Jan Kosek, starali się załatwić korzystne dla swoich firm zapisy w nowelizacji ustawy hazardowej.
Centralne Biuro Antykorupcyjne założyło politykom oraz biznesmenom podsłuchy. Wówczas okazało się, że kontaktowali się oni wzajemnie i spotykali.
Do ostatniej chwili ludzie Bronisława Komorowskiego blokowali inicjatywę umieszczenia na jednym z warszawskich budynków tablicy upamiętniającej węgierską pomoc w czasie wojny z bolszewikami w 1920 roku. - informuje "Nasz Dziennik".
We wtorek na skrzyżowaniu Krakowskiego Przedmieścia i ul. Królewskiej prezydenci Polski i Węgier odsłonili tablicę w „Hołdzie Narodowi Węgierskiemu” upamiętniającą węgierską wojskową pomoc w latach 1919-1920.
Na tablicy, pod godłami Polski i Węgier znajdują się dwujęzyczne napisy:
„W hołdzie narodowi węgierskiemu, który okazał Rzeczypospolitej Polskiej przyjaźń i pomoc w czasie śmiertelnego zagrożenia bolszewicką agresją. W okresie przełomowych zmagań 12 sierpnia 1920 r. do Skierniewic dotarł transport 22 milionów pocisków z fabryki Manfreda Weissa w Csepel /Budapeszt/”
Jak podaje „Nasz Dziennik” urzędnicy Kancelarii Prezydenta RP praktycznie do ostatniej chwili blokowali inicjatywę odsłonięcia tablicy. Na dzień przed przyjazdem do Polski prezydenta Węgier ludzie prezydenta Komorowskiego podjęli decyzję, że tablica nie zostanie powieszona, ponieważ, jak tłumaczyli, udział polskiego prezydenta w takiej uroczystości mógłby zostać źle odebrany przez stronę rosyjską.
Skonsternowani działaniami Kancelarii Prezydenta RP Węgrzy ostatecznie „zagrozili”, że jeśli nie dojdzie do odsłonięcia tablicy, informacja o tym kompromitującym zdarzeniu trafi do mediów.
Minister Jaromir Sokołowski tłumaczył to obawą przed reakcją... Rosjan. Doszło do tego, że ambasada Węgier musiała "zagrozić", że jeśli do odsłonięcia tablicy nie dojdzie, o kompromitującym Kancelarię Prezydenta zdarzeniu poinformuje media.
Sama uroczystość przebiegała niezwykle skromnie. Nie wiedzieli o niej nawet przedstawiciele Polsko-Węgierskiej Grupy Parlamentarnej.
- O sytuacji poinformowałem kolegów z partii, w tym wiceszefa sejmowej Komisji Spraw Zagranicznych Karola Karskiego i członka Polsko-Węgierskiej Grupy Parlamentarnej Artura Górskiego, którzy w ostatniej chwili zorganizowali delegację, kupili wiązanki i przyjechali na miejsce - tłumaczy poseł Arkadiusz Czartoryski.
Okazuje się, że nawet po przybyciu delegacji klubu na uroczystość odsłonięcia tablicy, szef protokołu dyplomatycznego nie chciał, aby delegacja złożyła tam kwiaty.
Pikanterii całej sprawie dodaje fakt, że pamiątkowa tablica upamiętniająca węgierską pomoc w latach 1919-1920 miała zostać odsłonięta jeszcze w ubiegłym roku w Radzyminie podczas obchodów 90. rocznicy Cudu nad Wisłą.
- Rok temu planowaliśmy dwie wielkie uroczystości rocznicowe z udziałem delegacji zagranicznych. Oprócz rocznicy bitwy pod Grunwaldem, na którą planowaliśmy zaprosić przedstawicieli władz Litwy, w Radzyminie prezydent Lech Kaczyński oraz prezydent Węgier mieli wziąć udział w uroczystościach rocznicy Bitwy Warszawskiej pod Ossowem. Tam też miała zostać odsłonięta tablica upamiętniająca węgierską pomoc dla Polski - tłumaczy Sasin.
Te plany pokrzyżowała katastrofa smoleńska i śmierć prezydenta Lecha Kaczyńskiego oraz Andrzeja Przewoźnika, ówczesnego sekretarza Rady Ochrony Miejsc Pamięci i Męczeństwa.
We wtorek na skrzyżowaniu Krakowskiego Przedmieścia i ul. Królewskiej prezydenci Polski i Węgier odsłonili tablicę w „Hołdzie Narodowi Węgierskiemu” upamiętniającą węgierską wojskową pomoc w latach 1919-1920.
Na tablicy, pod godłami Polski i Węgier znajdują się dwujęzyczne napisy:
„W hołdzie narodowi węgierskiemu, który okazał Rzeczypospolitej Polskiej przyjaźń i pomoc w czasie śmiertelnego zagrożenia bolszewicką agresją. W okresie przełomowych zmagań 12 sierpnia 1920 r. do Skierniewic dotarł transport 22 milionów pocisków z fabryki Manfreda Weissa w Csepel /Budapeszt/”
Jak podaje „Nasz Dziennik” urzędnicy Kancelarii Prezydenta RP praktycznie do ostatniej chwili blokowali inicjatywę odsłonięcia tablicy. Na dzień przed przyjazdem do Polski prezydenta Węgier ludzie prezydenta Komorowskiego podjęli decyzję, że tablica nie zostanie powieszona, ponieważ, jak tłumaczyli, udział polskiego prezydenta w takiej uroczystości mógłby zostać źle odebrany przez stronę rosyjską.
Skonsternowani działaniami Kancelarii Prezydenta RP Węgrzy ostatecznie „zagrozili”, że jeśli nie dojdzie do odsłonięcia tablicy, informacja o tym kompromitującym zdarzeniu trafi do mediów.
Minister Jaromir Sokołowski tłumaczył to obawą przed reakcją... Rosjan. Doszło do tego, że ambasada Węgier musiała "zagrozić", że jeśli do odsłonięcia tablicy nie dojdzie, o kompromitującym Kancelarię Prezydenta zdarzeniu poinformuje media.
Sama uroczystość przebiegała niezwykle skromnie. Nie wiedzieli o niej nawet przedstawiciele Polsko-Węgierskiej Grupy Parlamentarnej.
- O sytuacji poinformowałem kolegów z partii, w tym wiceszefa sejmowej Komisji Spraw Zagranicznych Karola Karskiego i członka Polsko-Węgierskiej Grupy Parlamentarnej Artura Górskiego, którzy w ostatniej chwili zorganizowali delegację, kupili wiązanki i przyjechali na miejsce - tłumaczy poseł Arkadiusz Czartoryski.
Okazuje się, że nawet po przybyciu delegacji klubu na uroczystość odsłonięcia tablicy, szef protokołu dyplomatycznego nie chciał, aby delegacja złożyła tam kwiaty.
Pikanterii całej sprawie dodaje fakt, że pamiątkowa tablica upamiętniająca węgierską pomoc w latach 1919-1920 miała zostać odsłonięta jeszcze w ubiegłym roku w Radzyminie podczas obchodów 90. rocznicy Cudu nad Wisłą.
- Rok temu planowaliśmy dwie wielkie uroczystości rocznicowe z udziałem delegacji zagranicznych. Oprócz rocznicy bitwy pod Grunwaldem, na którą planowaliśmy zaprosić przedstawicieli władz Litwy, w Radzyminie prezydent Lech Kaczyński oraz prezydent Węgier mieli wziąć udział w uroczystościach rocznicy Bitwy Warszawskiej pod Ossowem. Tam też miała zostać odsłonięta tablica upamiętniająca węgierską pomoc dla Polski - tłumaczy Sasin.
Te plany pokrzyżowała katastrofa smoleńska i śmierć prezydenta Lecha Kaczyńskiego oraz Andrzeja Przewoźnika, ówczesnego sekretarza Rady Ochrony Miejsc Pamięci i Męczeństwa.
""Po co Donald Tusk wstaje o 6 rano? Żeby dłużej nic nie robić!"
- stary dowcip o Aleksandrze Kwaśniewskim dobrze pasuje do postawy obecnego premiera. Podobnie zresztą, jak do całego jego rządu.
Politycy Platformy zapomnieli o licznych obietnicach składanych podczas kampanii wyborczej - niecały rok temu. Łamanie własnych założeń programowych zakrawa czasem na bezczelność:
"Koniec złudzeń dla tych, którzy wierzyli, że przechodząc na emeryturę, zdecydują, czy nawet kilkaset tysięcy złotych zgromadzonych w otwartym funduszu emerytalnym (OFE) wypłacą jednorazowo, czy w postaci comiesięcznej emerytury małżeńskiej. Wczoraj rząd przyjął ustawę o funduszach dożywotnich emerytur kapitałowych, która dopełnia wizję przyszłych emerytur. Przechodzący na emeryturę nie będzie miał wyboru dostanie tylko indywidualną emeryturę dożywotnią. Po śmierci niewykorzystany kapitał nie będzie dziedziczony."
Zamiast liberalnej rewolucji mamy więc kontynuację socjalizmu. No, może niezupełnie. Teraz pieniądze uzbierane przez obywateli zawłaszczać będzie nie państwo, a prywatne firmy. Chodzi tu o gigantyczne, idące w miliardy sumy, które zostaną po prostu zabrane rodzinom prawowitych właścicieli. A co PO mówiła na ten temat w zeszłym roku? Zbigniew Chlebowski w kwietniu 2007:
"Emeryt powinien swobodnie dysponować swoimi pieniędzmi. Jeśli uzna, że emerytura z I filara mu wystarczy, to powinien móc wypłacić tę z OFE i dowolnie zainwestować. Jeśli nie całość, to część kapitału."
Oczywiście, funkcjonowanie polityków w dużym stopniu polega na kłamaniu i składaniu fałszywych obietnic. Zwłaszcza przed wyborami. Jednak okazuje się, iż PO "blefowała" (jak to eufemistycznie nazywa "Puls Biznesu") w wyjątkowo wielu sprawach:
"Partia zapowiadała obniżenie podatków, w tym zniesienie podatku Belki i wprowadzenie liniowego. Po wyborach od tego odstąpiła. Przedsiębiorcy, którym PO w dużej mierze zawdzięcza zwycięstwo, czekają na nową ustawę o VAT i wprowadzenie euro. Tu też na obietnicach się skończyło."
Szczególnie dziwi odejście Platformy od, jak się wydawało, kluczowego dla tej partii projektu wprowadzenia podatku liniowego. Nieco ponad rok temu Donald Tusk nie miał żadnych wątpliwości, co jest Polsce najbardziej potrzebne:
"Fundamentem wolności gospodarczej jest wprowadzenie podatku liniowego. Obiecuję wam, że za dwa lata to będzie już rzeczywistość."
Po zwycięstwie w wyborach i nawiązaniu koalicji dającej znaczącą większość w parlamencie, Platforma nie podjęła żadnych działań w celu wprowadzenia podatku liniowego. Żadnych. Politycy PO nawet o nim nie wspominają. Czyżby podatek liniowy to jednak nie jest "fundament wolności gospodarczej?" A może owszem, jest, tyle tylko, iż Platforma takowej nie zamierza wprowadzać?
Podobno PO nie podejmuje kwestii podatku liniowego, żeby nie drażnić sojuszniczego PSL, któremu takie rozwiązanie niezbyt się podoba. Lecz dlaczego w takim razie koalicja nie zniesie wspólnymi siłami podatku Belki? Tu między PO i PSL panowała zgoda. Waldemar Pawlak wręcz tryskał entuzjazmem:
Chcemy znieść podatek Belki. Można to zrobić jeszcze w tym roku, aby obowiązywało to już przy rozliczeniu za 2008 r.
Rzecz jasna, podatek Belki ma się dobrze i nadal pochłania dochody kapitałowe obywateli. Ani PO, ani PSL nie planują zrobić nic w kierunku jego zniesienia - mimo iż wprowadzenie zmian w przepisach byłoby dla tych partii formalnością.
Charakterystyczną cechą obecnej władzy jest odkładanie wszelkich decyzji na ostatnią chwilę - lub w niebyt. Wspominana ustawa o emeryturach została dopiero przyjęta przez rząd - a czeka ją jeszcze długa droga przez Sejm, Senat, Kancelarię Prezydenta i - ewentualnie - Trybunał Konstytucyjny. Tymczasem musi być wprowadzona w życie jeszcze do końca roku. W innym wypadku emeryci korzystający z OFE mogą w 2009 roku ogóle nie dostać pieniędzy.
Ciekawie prezentuje się również kwestia uzawodowienia armii. Premier ogłosił, że poboru więcej nie będzie. MON rozpoczął spektakularną kampanię rekrutacyjną dla pozyskania zawodowych żołnierzy. Rząd "zapomniał" jednak, iż do regulacji kwestii poboru potrzebne są zmiany w ustawie o powszechnym obowiązku obrony. Nadal ich nie ma. Jeśli nie będzie do końca roku - młodzi ludzie znów trafią przymusowo do koszar.
Mimo prezentowanej przez PO specyficznej mieszanki bezradności oraz bezczelności, notowania partii Donalda Tuska rosną. To ewenement na skalę światową. Prawdziwy cud. Może więc, zamiast się czepiać szczegółów, powinniśmy cierpliwie czekać na dalsze cuda?
Źródło: Pardon, Puls Biznesu
Szanowny Pan Komorowski łączy się w bUlu!
Jednoczymy się w imieniu całej Polski z narodem Japonii w bUlu i w nadzieJi na pokonanie skutków katastrofy.
Stróż belwederskich żyrandoli analfabetą, czy zwyczajnym nieukiem? Gajowy łączy się w bUlu i nadzieJi.
Jak w bUlu i nadzieJi to może i łONczy sie jedynie słuszny strażnik pałacowych kandelabrów, pupil salonowców.
Wpis prezydenta z błędem
Jacy wyborcy, taki i stróż.
A może ten bUl jest taki ho, ho, ho ..... że hen, hen, hen..
Moim i nie tylko moim zdaniem, durnia mamy za prezydenta.
Jednoczymy się w imieniu całej Polski z narodem Japonii w bUlu i w nadzieJi na pokonanie skutków katastrofy.
Stróż belwederskich żyrandoli analfabetą, czy zwyczajnym nieukiem? Gajowy łączy się w bUlu i nadzieJi.
Jak w bUlu i nadzieJi to może i łONczy sie jedynie słuszny strażnik pałacowych kandelabrów, pupil salonowców.
Wpis prezydenta z błędem
Jacy wyborcy, taki i stróż.
A może ten bUl jest taki ho, ho, ho ..... że hen, hen, hen..
Moim i nie tylko moim zdaniem, durnia mamy za prezydenta.
To słowa polskiego obywatela, które kilka dni temu zostały zacytowane w wieczornych wiadomościach TVP 1. I chyba należałoby na tym poprzestać, bo o skali oszustwa, jakiego dopuszcza się obecny rząd trudno już mówić. Na każdym kroku widać, jak zakpiono sobie z polskich obywateli – tanie państwo okazało się kłamstwem na niewyobrażalną skalę! Nie znamy jeszcze jej końca. Media codziennie bombardują nas wiadomościami o kolejnych podwyżkach. Często podawane są one przez dziennikarzy radiowych w sarkastyczny sposób, bo nie da się ich znieść „na zimno”. Krążący ostatnio dowcip o państwie za pięć złotych już się zdezaktualizował. Teraz zmierzamy „ do dychy”. Zatem kolejny próg państwowego absurdu cen podstawowych może wzrosnąć do poziomu papierowego pieniądza.
Wszyscy świetnie pamiętamy, jaką informacją częstowano nas przy wprowadzaniu podwyżki VAT-u: miał wzrosnąć z 22% na 23%. Społeczeństwo jakoś to przełknęło – w końcu ten 1% przeżyjemy! A tu niespodzianka?! Chleb podrożał o 20%, a cukier o 100%! Nie wspomnę już o pomyśle podniesienia VAT-u na artykuły dziecięce z 7% na 23%. Rząd sięga więc do kieszeni najuboższych. Powiem więcej – eliminuje najsłabszych obywateli, a żyjących dotychczas na przyzwoitym poziomie spycha na margines biedy. Nie nadużywam tutaj słowa „eliminacja”, bo widać ją na każdym kroku: człowiek z zawałem nie doczeka się karetki, ciężko chory umrze w kilkuletniej kolejce do specjalistycznych operacji, a średnie pokolenie nie doczeka się emerytury, gdyż ta zniknie w zawiłych meandrach zusowskich subkont.
Czy to czarnowidztwo może coś zmienić w naszej społecznej rzeczywistości? Oczywiście, możemy zrobić wiele dla siebie i przyszłych pokoleń. Nie ma nic gorszego niż bierność połączona z rozkrzyżowanymi rękami. Zadbajmy przede wszystkim o demaskowanie kłamstwa powszechnie obecnego w przestrzeni publicznej. Wyciągajmy prawdę na światło dzienne. Myślę, że wtedy jesteśmy w stanie pokonać „okupację ludzi nieuczciwych” w Polsce.
Wszyscy świetnie pamiętamy, jaką informacją częstowano nas przy wprowadzaniu podwyżki VAT-u: miał wzrosnąć z 22% na 23%. Społeczeństwo jakoś to przełknęło – w końcu ten 1% przeżyjemy! A tu niespodzianka?! Chleb podrożał o 20%, a cukier o 100%! Nie wspomnę już o pomyśle podniesienia VAT-u na artykuły dziecięce z 7% na 23%. Rząd sięga więc do kieszeni najuboższych. Powiem więcej – eliminuje najsłabszych obywateli, a żyjących dotychczas na przyzwoitym poziomie spycha na margines biedy. Nie nadużywam tutaj słowa „eliminacja”, bo widać ją na każdym kroku: człowiek z zawałem nie doczeka się karetki, ciężko chory umrze w kilkuletniej kolejce do specjalistycznych operacji, a średnie pokolenie nie doczeka się emerytury, gdyż ta zniknie w zawiłych meandrach zusowskich subkont.
Czy to czarnowidztwo może coś zmienić w naszej społecznej rzeczywistości? Oczywiście, możemy zrobić wiele dla siebie i przyszłych pokoleń. Nie ma nic gorszego niż bierność połączona z rozkrzyżowanymi rękami. Zadbajmy przede wszystkim o demaskowanie kłamstwa powszechnie obecnego w przestrzeni publicznej. Wyciągajmy prawdę na światło dzienne. Myślę, że wtedy jesteśmy w stanie pokonać „okupację ludzi nieuczciwych” w Polsce.
Rządząca obecnie Polska Platforma Obywatelska, wcale nie jest obywatelska jakby miała to wskazywać jej nazwa. W moim odczuciu, jest wręcz przeciwnie, choć początek partii jawi się jako ruch obywatelski, ale czy aby na pewno? Przecież jedna z początkowych deklaracji miał być to twór oddolny, samorządowy i odcinający się od związków z obecnymi w tamtym czasie partiami politycznymi. Brzmi nieźle, ale to tylko słowa, rzucone na wiatr.
Otóż powstaniu PO nie towarzyszyła jakaś wielka obywatelska idea, a raczej kilka konfliktowych czynników, z tamtego czasu. Olechowski, widząc co się dzieje z AWS uznał ze trzeba opuścić statek, poza tym AWS był zbyt szeroki ideowo, a Olechowski miał przecież już wtedy większe ambicje. Dalej Płażyński, po sporach z Krzakiem uznał ze trzeba czegoś nowego. No i oczywiście, nasz cudowny premier PORAŻKA i Słońce Peru, który po przegraniu z Geremkiem, zamiast podporządkować się woli przyjaciół z partii, wolał ja rozwalić od środka, ale ze był za cienki bolek z niego, to potrzebował dwóch pozostałych, których później wyciął z pierwszej ligi. Wiec gdzież tu obywatelskość? To raczej przebranie wilka w owcza skore… Jak twierdzi Nelly “Zakręcona” Rokita, wilcze oczy pozostały.
Tusk choć wygląda niepozornie, jest wytrawnym graczem polskiej “burdelii” politycznej, bo czy można to nazwać sceną? No, chyba że uznamy że Sejm to cyrk - tylko pod tym jednym warunkiem. Ja go najchętniej bym porównał do serialowej postaci Janusza Tracza, który jest bardzo inteligentny i przebiegły, jednak deklaruje siebie jako osobę brzydzącą się przemocy, choć sam daje na nią “zlecenia”. Nie specjalnie trzeba wyszukiwać przykładów, gdzie w ten zbójnicki sposób wycięto wszelką możliwą konkurencję. W ten sposób pozbyto się Gilowskiej czy Rokity. Także co jakiś czas gorszące opinię publiczną a nawet samą PO, ekscesy pierwszego klauna III. Rzeczypospolitej przechodzą do porządku dziennego i SĄ akceptowane przez Tuska. Bez jego zgody i pobłażliwości już dawno Januszek wyleciałby z partii. Ale Donald, jako wytrawny gracz wie, że potrzebuje takich pionków, aby móc prowadzić wewnętrzną dywersję i bawić się w dobrego i złego peowca. Ta strategia się sprawdza. Gdzie jednak są obywatele?
Pominę rozważania dotyczące “koalicji marzeń” - tzw. POPiSu, ponieważ stały się one przeszłością, która raczej nie ma szans na powrót. Jednak partia rządząca nie realizuje swojego programu. Obywatele się nie liczą, jak pokazała afera Misiaka czy hazardowa albo kwestia senatora Piesiewicza, polityczna klasa PO ma w d*** obywateli. Nie realizuje swojego programu a ciągle używa mechanizmu straszenia PiSem i prezydentem.
Tylko gdzie owa obywatelskość, skoro jak widać celem partii (JSP) stało się dzielenie społeczeństwa na zacofanych PiSiorów i postępowych POpaprańców. Czy zadaniem partii rządzącej nie powinno być łączenie społeczeństwa i sprawienie, abyśmy pomimo różnic politycznych i światopoglądowych stanowili jedność? Gdzie są te “eksperckie” pomysły, które czekały gotowe przed wyborami? PO nie oferuje żadnej alternatywy dla PiS. Ba, PiS miał jakąś swoją wizję, którą realizował. A PO jest w takim porównaniu bezideowa, zagubiona w “słupkowej” pogoni za poparciem. Ale balon pęknie..
Nawet debata polityczna stała się jeszcze większym rynsztokiem, choć winę niskiemu poziomowi przypisywano Samoobronie i LPRowi. Ich już 2,5 roku w sejmie nie ma, a jest gorzej niż było. Jednak mam sentyment jakiś dziwny do Leppera, ponieważ chłopina miał rację, że wersalu w polskim sejmie nie będzie, niezależnie od tego czy Lepper w nim jest czy nie.
Tęsknię za czasami, gdy prowadziliśmy debaty polityczne na jakimkolwiek poziomie. Dziś to są wzajemne oskarżenia. Nikt nie odnosi się do pomysłów przeciwników merytorycznie. Liczy się show, a raczej cyrk, który wszyscy sponsorujemy i którego skutki na swoich plecach odczujemy.
Apeluję więc, aby pan Premier wraz ze swoim cudownym rządem stał się obywatelski. Jeśli macie jakieś wątpliwości a boicie się sami podjąć decyzji, bojąc się ataku ze strony “szczekaczy” z opozycji, oddajcie Państwo głos obywatelom - suwerenowi, który powinien mieć zawsze głos decydujący. Kto wie, może właśnie Polacy nie chcą się opowiadać za jedną czy druga partią. Może po prostu lepiej dać im prawo, aby ustosunkowali się do danej kwestii podczas referendum, decydując dla Polski a nie dla partii?
Otóż powstaniu PO nie towarzyszyła jakaś wielka obywatelska idea, a raczej kilka konfliktowych czynników, z tamtego czasu. Olechowski, widząc co się dzieje z AWS uznał ze trzeba opuścić statek, poza tym AWS był zbyt szeroki ideowo, a Olechowski miał przecież już wtedy większe ambicje. Dalej Płażyński, po sporach z Krzakiem uznał ze trzeba czegoś nowego. No i oczywiście, nasz cudowny premier PORAŻKA i Słońce Peru, który po przegraniu z Geremkiem, zamiast podporządkować się woli przyjaciół z partii, wolał ja rozwalić od środka, ale ze był za cienki bolek z niego, to potrzebował dwóch pozostałych, których później wyciął z pierwszej ligi. Wiec gdzież tu obywatelskość? To raczej przebranie wilka w owcza skore… Jak twierdzi Nelly “Zakręcona” Rokita, wilcze oczy pozostały.
Tusk choć wygląda niepozornie, jest wytrawnym graczem polskiej “burdelii” politycznej, bo czy można to nazwać sceną? No, chyba że uznamy że Sejm to cyrk - tylko pod tym jednym warunkiem. Ja go najchętniej bym porównał do serialowej postaci Janusza Tracza, który jest bardzo inteligentny i przebiegły, jednak deklaruje siebie jako osobę brzydzącą się przemocy, choć sam daje na nią “zlecenia”. Nie specjalnie trzeba wyszukiwać przykładów, gdzie w ten zbójnicki sposób wycięto wszelką możliwą konkurencję. W ten sposób pozbyto się Gilowskiej czy Rokity. Także co jakiś czas gorszące opinię publiczną a nawet samą PO, ekscesy pierwszego klauna III. Rzeczypospolitej przechodzą do porządku dziennego i SĄ akceptowane przez Tuska. Bez jego zgody i pobłażliwości już dawno Januszek wyleciałby z partii. Ale Donald, jako wytrawny gracz wie, że potrzebuje takich pionków, aby móc prowadzić wewnętrzną dywersję i bawić się w dobrego i złego peowca. Ta strategia się sprawdza. Gdzie jednak są obywatele?
Pominę rozważania dotyczące “koalicji marzeń” - tzw. POPiSu, ponieważ stały się one przeszłością, która raczej nie ma szans na powrót. Jednak partia rządząca nie realizuje swojego programu. Obywatele się nie liczą, jak pokazała afera Misiaka czy hazardowa albo kwestia senatora Piesiewicza, polityczna klasa PO ma w d*** obywateli. Nie realizuje swojego programu a ciągle używa mechanizmu straszenia PiSem i prezydentem.
Tylko gdzie owa obywatelskość, skoro jak widać celem partii (JSP) stało się dzielenie społeczeństwa na zacofanych PiSiorów i postępowych POpaprańców. Czy zadaniem partii rządzącej nie powinno być łączenie społeczeństwa i sprawienie, abyśmy pomimo różnic politycznych i światopoglądowych stanowili jedność? Gdzie są te “eksperckie” pomysły, które czekały gotowe przed wyborami? PO nie oferuje żadnej alternatywy dla PiS. Ba, PiS miał jakąś swoją wizję, którą realizował. A PO jest w takim porównaniu bezideowa, zagubiona w “słupkowej” pogoni za poparciem. Ale balon pęknie..
Nawet debata polityczna stała się jeszcze większym rynsztokiem, choć winę niskiemu poziomowi przypisywano Samoobronie i LPRowi. Ich już 2,5 roku w sejmie nie ma, a jest gorzej niż było. Jednak mam sentyment jakiś dziwny do Leppera, ponieważ chłopina miał rację, że wersalu w polskim sejmie nie będzie, niezależnie od tego czy Lepper w nim jest czy nie.
Tęsknię za czasami, gdy prowadziliśmy debaty polityczne na jakimkolwiek poziomie. Dziś to są wzajemne oskarżenia. Nikt nie odnosi się do pomysłów przeciwników merytorycznie. Liczy się show, a raczej cyrk, który wszyscy sponsorujemy i którego skutki na swoich plecach odczujemy.
Apeluję więc, aby pan Premier wraz ze swoim cudownym rządem stał się obywatelski. Jeśli macie jakieś wątpliwości a boicie się sami podjąć decyzji, bojąc się ataku ze strony “szczekaczy” z opozycji, oddajcie Państwo głos obywatelom - suwerenowi, który powinien mieć zawsze głos decydujący. Kto wie, może właśnie Polacy nie chcą się opowiadać za jedną czy druga partią. Może po prostu lepiej dać im prawo, aby ustosunkowali się do danej kwestii podczas referendum, decydując dla Polski a nie dla partii?
W zamieszczonym w niemieckim dzienniku wywiadzie Władysław Bartoszewski pisze, że w czasie wojny ukrywając Żydów bardziej należało się bać „sąsiadów Polaków niż niemieckich oficerów”. Zauważona i opublikowana przez dziennikarzy portalu Niezależna.pl informacja obiegła Internet, wywołała lawinę komentarzy i pytań.
Powodem przeprowadzenia wywiadu z Bartoszewskim przez Gerharda Gnaucka było ukazanie się w Niemczech antypolskiej książki „Złote Żniwa” J. T. Grossa, w której autor oskarża Polaków o to, że byli największymi ekonomicznymi beneficjentami holocaustu. Proszony o wyrażenie swej opinii w tej sprawie Władysław Bartoszewski podważał początkowo warsztat autora i uogólnienia, jakich dopuszcza się Gross. Potem jednak, pytany o własne doświadczenia w ratowaniu Żydów i o swoich polskich sąsiadów powiedział słynne już dziś słowa: „ Jak ktoś się bał to nie Niemców. Gdy Niemiecki oficer widział mnie na ulicy i nie miał rozkazu aresztowania mnie, niczego nie musiałem się obawiać. Ale gdy sąsiad-Polak zauważył, że kupiłem więcej chleba niż zwykle, wtedy musiałem się bać.
Słowa te zostały następnie skomentowane w blogu Marty Kaczyńskiej, publikowanym także na stronie Niezalezna.pl. Burza, jaką wywołały słowa Bartoszewskiego i odniesienia do bloga Marty Kaczyńskiej sprawiły, że portal w krótkim czasie odnotował rekordową liczbę osiemnastu tysięcy wejść. Wypowiedź Bartoszewskiego – umieszczona w kontekście książek Grossa, rewindykacyjnych dążeń Żydowskich środowisk w USA czy Niemieckich posunięć rozmywających odpowiedzialność za piekło II Wojny Światowej – była w mijającym tygodniu jednym z głównych tematów komentarzy w prawicowych mediach.
Żywot „newsa” jakiego udało się przekazać dziennikarzom Niezalezna.pl pokazuje potęgę komunikacji elektronicznej, która może być używana do obrony dobrego imienia Polski tak samo jak tradycyjne środki przekazu. Media, w tym elektroniczne, stają się płaszczyzną porozumienia bardzo wielu środowisk, którym losy naszego kraju leżą na sercu i to jest następny wniosek płynący z tej sytuacji.
Okazuje się także, że istotne dla Polaków tematy mogą być poruszane i żyć własnym życiem poza głównym obiegiem informacji, kontrolowanym dziś przez tak zwany „salon”. W komentarzach internautów pod artykułami poświęconymi wypowiedzi Bartoszewskiego pojawiały się pytania o to czemu nowy wyczyn jednego z największych „autorytetów” (pojawia się też żartobliwa wersja: „ałtorytetów”) PO nie zyskał odpowiedniego nagłośnienia w przyjaznych Partii mediach? Sami autorzy tych pytań dopisywali jednak, że mają one charakter retoryczny…
Powodem przeprowadzenia wywiadu z Bartoszewskim przez Gerharda Gnaucka było ukazanie się w Niemczech antypolskiej książki „Złote Żniwa” J. T. Grossa, w której autor oskarża Polaków o to, że byli największymi ekonomicznymi beneficjentami holocaustu. Proszony o wyrażenie swej opinii w tej sprawie Władysław Bartoszewski podważał początkowo warsztat autora i uogólnienia, jakich dopuszcza się Gross. Potem jednak, pytany o własne doświadczenia w ratowaniu Żydów i o swoich polskich sąsiadów powiedział słynne już dziś słowa: „ Jak ktoś się bał to nie Niemców. Gdy Niemiecki oficer widział mnie na ulicy i nie miał rozkazu aresztowania mnie, niczego nie musiałem się obawiać. Ale gdy sąsiad-Polak zauważył, że kupiłem więcej chleba niż zwykle, wtedy musiałem się bać.
Słowa te zostały następnie skomentowane w blogu Marty Kaczyńskiej, publikowanym także na stronie Niezalezna.pl. Burza, jaką wywołały słowa Bartoszewskiego i odniesienia do bloga Marty Kaczyńskiej sprawiły, że portal w krótkim czasie odnotował rekordową liczbę osiemnastu tysięcy wejść. Wypowiedź Bartoszewskiego – umieszczona w kontekście książek Grossa, rewindykacyjnych dążeń Żydowskich środowisk w USA czy Niemieckich posunięć rozmywających odpowiedzialność za piekło II Wojny Światowej – była w mijającym tygodniu jednym z głównych tematów komentarzy w prawicowych mediach.
Żywot „newsa” jakiego udało się przekazać dziennikarzom Niezalezna.pl pokazuje potęgę komunikacji elektronicznej, która może być używana do obrony dobrego imienia Polski tak samo jak tradycyjne środki przekazu. Media, w tym elektroniczne, stają się płaszczyzną porozumienia bardzo wielu środowisk, którym losy naszego kraju leżą na sercu i to jest następny wniosek płynący z tej sytuacji.
Okazuje się także, że istotne dla Polaków tematy mogą być poruszane i żyć własnym życiem poza głównym obiegiem informacji, kontrolowanym dziś przez tak zwany „salon”. W komentarzach internautów pod artykułami poświęconymi wypowiedzi Bartoszewskiego pojawiały się pytania o to czemu nowy wyczyn jednego z największych „autorytetów” (pojawia się też żartobliwa wersja: „ałtorytetów”) PO nie zyskał odpowiedniego nagłośnienia w przyjaznych Partii mediach? Sami autorzy tych pytań dopisywali jednak, że mają one charakter retoryczny…
W minionym roku sądy ogłosiły upadłość aż 655 polskich przedsiębiorstw. Jest to o 60 proc. więcej niż w “przedkryzysowym” roku 2008.
Największy odsetek bankrutujących firm, stanowią przedsiębiorstwa budowlane. W 2010 roku upadło ich 98, co oznacza roczny 20 procentowy wzrost upadłości w tej branży.
Mimo, że jak wynika z opublikowanego raportu Coface, (…) w drugim półroczu obserwowano wyhamowanie wzrostu liczby upadłości, dzięki czemu rok zamknął się liczbą niższą o 5,2 proc. w stosunku do roku 2009, problemy przedsiębiorców jeszcze nie zaniknęły.
Dodatkowo, podczas gdy rok 2009 był czasem upadków głównie dużych firm, tak rok 2010 okazał się zabójczy przede wszystkim dla małych i średnich przedsiębiorstw.
Aż się chce krzyknąć: "Panie Tusk dziękujemy za Irlandie!"
Największy odsetek bankrutujących firm, stanowią przedsiębiorstwa budowlane. W 2010 roku upadło ich 98, co oznacza roczny 20 procentowy wzrost upadłości w tej branży.
Mimo, że jak wynika z opublikowanego raportu Coface, (…) w drugim półroczu obserwowano wyhamowanie wzrostu liczby upadłości, dzięki czemu rok zamknął się liczbą niższą o 5,2 proc. w stosunku do roku 2009, problemy przedsiębiorców jeszcze nie zaniknęły.
Dodatkowo, podczas gdy rok 2009 był czasem upadków głównie dużych firm, tak rok 2010 okazał się zabójczy przede wszystkim dla małych i średnich przedsiębiorstw.
Aż się chce krzyknąć: "Panie Tusk dziękujemy za Irlandie!"
Postępowy włoski dziennik "La Repubblica" pieje z zachwytu nad Bronisławem Komorowskim. Powód? Rehabilitacja przez polskiego prezydenta gen. Wojciecha Jaruzelskiego - komunistycznego dyktatora.
Sukces prezydenta: zyskał on uznanie u włoskiej lewicy. Wszystko dzięki zaproszeniu na posiedzenie Rady Bezpieczeństwa Narodowego byłego komunistycznego dyktatora Polski, generała Wojciecha Jaruzelskiego. Były sowiecki namiestnik w naszym kraju ma "mieć dużą wiedzę na temat Rosji".
Zaproszenie Jaruzelskiego spotkało się z krytyką ze strony Prawa i Sprawiedliwości oraz części Platformy Obywatelskiej (senator Jan Rulewski). Ucieszyło za to lewicę, nie tylko w Polsce. Postępowy włoski dziennik "La Repubblica" nie kryje zadowolenia: Ze strony liberalnego establishmentu jest to wyraźne wyparcie się minionej twardej linii narodowych populistów Kaczyńskiego.
Na czym polegał skandaliczny (według "La Repubbliki") narodowy populizm Kaczyńskiego? Dziennik przypomina, iż to za rządów PiS... rozpoczął się proces Jaruzelskiego.
Przypomnijmy jeszcze, że prezydencki minister Sławomir Nowak nazwał gen. Wojciecha Jaruzelskiego - agenta zbrodniczej Informacji Wojskowej, autora stanu wojennego i wykonawcę antysemickich czystek w armii w 1967 r. - "poważnym ekspertem".
Sukces prezydenta: zyskał on uznanie u włoskiej lewicy. Wszystko dzięki zaproszeniu na posiedzenie Rady Bezpieczeństwa Narodowego byłego komunistycznego dyktatora Polski, generała Wojciecha Jaruzelskiego. Były sowiecki namiestnik w naszym kraju ma "mieć dużą wiedzę na temat Rosji".
Zaproszenie Jaruzelskiego spotkało się z krytyką ze strony Prawa i Sprawiedliwości oraz części Platformy Obywatelskiej (senator Jan Rulewski). Ucieszyło za to lewicę, nie tylko w Polsce. Postępowy włoski dziennik "La Repubblica" nie kryje zadowolenia: Ze strony liberalnego establishmentu jest to wyraźne wyparcie się minionej twardej linii narodowych populistów Kaczyńskiego.
Na czym polegał skandaliczny (według "La Repubbliki") narodowy populizm Kaczyńskiego? Dziennik przypomina, iż to za rządów PiS... rozpoczął się proces Jaruzelskiego.
Przypomnijmy jeszcze, że prezydencki minister Sławomir Nowak nazwał gen. Wojciecha Jaruzelskiego - agenta zbrodniczej Informacji Wojskowej, autora stanu wojennego i wykonawcę antysemickich czystek w armii w 1967 r. - "poważnym ekspertem".
Afera "Uczelniana":
Komorowski w latach 2000 – 2001 był ministrem obrony narodowej w rządzie Jerzego Buzka. Krzysztof Borowiak w maju 2000 roku wygrywa konkurs organizowany przez Urząd Służby Cywilnej i zostaje cywilnym dyrektorem Departamentu Nauki i Szkolnictwa Wojskowego MON. Pomimo wielu trudności ze strony Komorowskiego, który dążył do likwidacji tego Departamentu, udało się Borowiakowi przygotować program restrukturyzacji szkolnictwa wojskowego. Krzysztof Borowiak opisuje, iż Komorowski był głuchy na argumenty programu restrukturyzacyjnego, nie chciał ich wysłuchiwać i ignorował departament. Komorowskiemu bardzo zależało by nie dopuścić do restrukturyzacji szkolnictwa wojskowego, gdyż jak sam Borowiak tłumaczy, wyżsi oficerowie WP wykorzystywali struktury szkolnictwa do robienia własnych interesów. 05 lutego 2001 w skandaliczny sposób Komorowski odwołuje Borowiaka ze stanowiska, argumentując swoją decyzję ciężkim naruszeniem podstawowych obowiązków pracowniczych, twierdząc, że swoim działaniem dyrektor Borowiak nie tylko zmierzał do podważenia autorytetu kierownictwa resortu, złamał również zasadę apolityczności wiążącą członków korpusu Służby Cywilnej co oczywiście jest bzdurą. Potwierdził to Sąd Okręgowy w Warszawie, orzekając prawomocnie (po 4 latach), że nie istniały żadne podstawy do zwolnienia Borowiaka na podstawie art. 52 Kodeksu pracy. Wkrótce po usunięciu z MON Krzysztofa Borowiaka, "grupa trzymająca władzę", zapewnia w budynkach WAT działalność prywatnej Szkoły Wyższej Warszawskiej, założonej przez Fundację Rozwoju Edukacji i Techniki, która okazała się biznesem kierowanym przez oficerów WSI. O interesach WSI na majątku WAT jest mowa w Raporcie z Weryfikacji WSI w rozdziale 10 (strona 133):
Działalność oficerów WSI w Wojskowej Akademii Technicznej - opisująca fałszowanie dokumentacji finansowej, wyłudzenia kredytów, pranie brudnych pieniędzy oraz inne działania przestępcze i kryminalne, które naraziły budżet państwa na gigantyczne straty.
Aktywność oficerów WSI niejednokrotnie przybierała charakter przestępczości gospodarczej na wielką skalę, wskutek której Skarb Państwa tracił wielomilionowe sumy. Bardzo często środki finansowe należące do podmiotów gospodarczych lub instytucji związanych z wojskiem były transferowane bądź malwersowane za pośrednictwem firm, fundacji bądź innych instytucji tworzonych z inicjatywy oficerów WSI lub mających z nimi ścisłe powiązania.
Bronisław Komorowski wszelkimi możliwymi sposobami chciał ochronić interesy kolegów z WSI, między innymi próbując skompromitować komisje weryfikacyjną. Bronisławowi Komorowskiemu nie postawiono zarzutów. Sprawę umorzono i skutecznie wyciszono. Więcej na temat przekrętów w WAT w latach 2000-2001 w artykułach tygodnika "NIE": "Szmal honor i ojczyzna", "Z czego żyją szpiedzy" i "Jad wywiadu", a także kolejne, już z roku 2007, w artykule pt. "Grunt, honor i ojczyzna".
Komorowski w latach 2000 – 2001 był ministrem obrony narodowej w rządzie Jerzego Buzka. Krzysztof Borowiak w maju 2000 roku wygrywa konkurs organizowany przez Urząd Służby Cywilnej i zostaje cywilnym dyrektorem Departamentu Nauki i Szkolnictwa Wojskowego MON. Pomimo wielu trudności ze strony Komorowskiego, który dążył do likwidacji tego Departamentu, udało się Borowiakowi przygotować program restrukturyzacji szkolnictwa wojskowego. Krzysztof Borowiak opisuje, iż Komorowski był głuchy na argumenty programu restrukturyzacyjnego, nie chciał ich wysłuchiwać i ignorował departament. Komorowskiemu bardzo zależało by nie dopuścić do restrukturyzacji szkolnictwa wojskowego, gdyż jak sam Borowiak tłumaczy, wyżsi oficerowie WP wykorzystywali struktury szkolnictwa do robienia własnych interesów. 05 lutego 2001 w skandaliczny sposób Komorowski odwołuje Borowiaka ze stanowiska, argumentując swoją decyzję ciężkim naruszeniem podstawowych obowiązków pracowniczych, twierdząc, że swoim działaniem dyrektor Borowiak nie tylko zmierzał do podważenia autorytetu kierownictwa resortu, złamał również zasadę apolityczności wiążącą członków korpusu Służby Cywilnej co oczywiście jest bzdurą. Potwierdził to Sąd Okręgowy w Warszawie, orzekając prawomocnie (po 4 latach), że nie istniały żadne podstawy do zwolnienia Borowiaka na podstawie art. 52 Kodeksu pracy. Wkrótce po usunięciu z MON Krzysztofa Borowiaka, "grupa trzymająca władzę", zapewnia w budynkach WAT działalność prywatnej Szkoły Wyższej Warszawskiej, założonej przez Fundację Rozwoju Edukacji i Techniki, która okazała się biznesem kierowanym przez oficerów WSI. O interesach WSI na majątku WAT jest mowa w Raporcie z Weryfikacji WSI w rozdziale 10 (strona 133):
Działalność oficerów WSI w Wojskowej Akademii Technicznej - opisująca fałszowanie dokumentacji finansowej, wyłudzenia kredytów, pranie brudnych pieniędzy oraz inne działania przestępcze i kryminalne, które naraziły budżet państwa na gigantyczne straty.
Aktywność oficerów WSI niejednokrotnie przybierała charakter przestępczości gospodarczej na wielką skalę, wskutek której Skarb Państwa tracił wielomilionowe sumy. Bardzo często środki finansowe należące do podmiotów gospodarczych lub instytucji związanych z wojskiem były transferowane bądź malwersowane za pośrednictwem firm, fundacji bądź innych instytucji tworzonych z inicjatywy oficerów WSI lub mających z nimi ścisłe powiązania.
Bronisław Komorowski wszelkimi możliwymi sposobami chciał ochronić interesy kolegów z WSI, między innymi próbując skompromitować komisje weryfikacyjną. Bronisławowi Komorowskiemu nie postawiono zarzutów. Sprawę umorzono i skutecznie wyciszono. Więcej na temat przekrętów w WAT w latach 2000-2001 w artykułach tygodnika "NIE": "Szmal honor i ojczyzna", "Z czego żyją szpiedzy" i "Jad wywiadu", a także kolejne, już z roku 2007, w artykule pt. "Grunt, honor i ojczyzna".
Prywatna rozmowa Marszałka w Izraelu:
Marszałek Sejmu Bronisław Komorowski i prezydent Izraela Szimon Peres spotkali się w Jerozolimie przy okazji zakończenia trzydniowej wizyty marszałka w Izraelu. Bronisław Komorowski, bacząc na bogactwo Polski, wyraził nadzieję, że polski rząd ostatecznie przygotuje ustawę rekompensacyjną. Stanowiłaby ona podstawę do wypłaty "odszkodowania" za pozostawione w Polsce w okresie II wojny światowej mienie żydowskie. Komorowski nadmienił, że rozmowa z prezydentem Izraela częściowo miała charakter prywatny. W trakcie rozmowy z prezydentem Izraela Szimonem Peresem marszałek Komorowski zaznaczył, że faktyczny zwrot mienia pozostawionego w wyniku wojny byłby raczej trudny, wskazał jednak na możliwość wypłaty rekompensat w wysokości aż około 25 proc. wartości mienia. Jak podkreślił, miałyby być one wypłacane w częściach. W przeciwnym wypadku wiązałoby się to z kompletnym zrujnowaniem budżetu Państwa Polskiego. Po tym spotkaniu prasa żydowska pisze, że Polska zapłaci odszkodowania "po zmianie reżimu w Polsce"! Stwierdzenie to padło ze strony prof. Gregory Glazova w wydaniu pisma żydowskiego Front Page Magazine z 27 lipca 2007 roku. Prof. Glazov krytykując znane stanowisko żydowskiego prof. Normana Finkelsteina, który wskazuje na nadużycia grup syjonistycznych przechwytujących pieniądze płynące za odszkodowania dla ofiar wojny, mówi iż:
The scandal is two-fold: attaching to the excessive demands placed upon Swiss banks and the lack of due demands placed upon Austria and Turkey (the case of Poland will be resolved by its regime change).
"Siłą argumentów Finkelsteina, wspieranego przez Hilberga [...] jest skandal dotyczący pieniędzy za odszkodowania dla ofiar Holokaustu. Skandal jest podwójny: dotyczy nadmiernych żądań wobec banków szwajcarskich oraz brak takich żądań wobec Austrii i Turcji (przypadek Polski będzie rozwiązany przez zmianę reżimu) [...]."
Chodzi tutaj o planowane odsunięcie od władzy wszystkich osób, które nie dopuściłyby do zmiany przepisów w Polsce umożliwiających "wydojenie" Polski na obiecane
przed Komorowskiego 64 miliardy dolarów. Jak podały węgierskie media 10 października 2007 roku na forum ekonomicznym w Tel Awiwie prezydent Izraela Szymon Peres stwierdził, że m.in.
(...) wykupujemy Manhattan, wykupujemy Węgry, wykupujemy Rumunię, wykupujemy Polskę. I jak ja to widzę, nie mamy żadnych problemów.
Marszałek Sejmu Bronisław Komorowski i prezydent Izraela Szimon Peres spotkali się w Jerozolimie przy okazji zakończenia trzydniowej wizyty marszałka w Izraelu. Bronisław Komorowski, bacząc na bogactwo Polski, wyraził nadzieję, że polski rząd ostatecznie przygotuje ustawę rekompensacyjną. Stanowiłaby ona podstawę do wypłaty "odszkodowania" za pozostawione w Polsce w okresie II wojny światowej mienie żydowskie. Komorowski nadmienił, że rozmowa z prezydentem Izraela częściowo miała charakter prywatny. W trakcie rozmowy z prezydentem Izraela Szimonem Peresem marszałek Komorowski zaznaczył, że faktyczny zwrot mienia pozostawionego w wyniku wojny byłby raczej trudny, wskazał jednak na możliwość wypłaty rekompensat w wysokości aż około 25 proc. wartości mienia. Jak podkreślił, miałyby być one wypłacane w częściach. W przeciwnym wypadku wiązałoby się to z kompletnym zrujnowaniem budżetu Państwa Polskiego. Po tym spotkaniu prasa żydowska pisze, że Polska zapłaci odszkodowania "po zmianie reżimu w Polsce"! Stwierdzenie to padło ze strony prof. Gregory Glazova w wydaniu pisma żydowskiego Front Page Magazine z 27 lipca 2007 roku. Prof. Glazov krytykując znane stanowisko żydowskiego prof. Normana Finkelsteina, który wskazuje na nadużycia grup syjonistycznych przechwytujących pieniądze płynące za odszkodowania dla ofiar wojny, mówi iż:
The scandal is two-fold: attaching to the excessive demands placed upon Swiss banks and the lack of due demands placed upon Austria and Turkey (the case of Poland will be resolved by its regime change).
"Siłą argumentów Finkelsteina, wspieranego przez Hilberga [...] jest skandal dotyczący pieniędzy za odszkodowania dla ofiar Holokaustu. Skandal jest podwójny: dotyczy nadmiernych żądań wobec banków szwajcarskich oraz brak takich żądań wobec Austrii i Turcji (przypadek Polski będzie rozwiązany przez zmianę reżimu) [...]."
Chodzi tutaj o planowane odsunięcie od władzy wszystkich osób, które nie dopuściłyby do zmiany przepisów w Polsce umożliwiających "wydojenie" Polski na obiecane
przed Komorowskiego 64 miliardy dolarów. Jak podały węgierskie media 10 października 2007 roku na forum ekonomicznym w Tel Awiwie prezydent Izraela Szymon Peres stwierdził, że m.in.
(...) wykupujemy Manhattan, wykupujemy Węgry, wykupujemy Rumunię, wykupujemy Polskę. I jak ja to widzę, nie mamy żadnych problemów.
Jak Komorowscy "załatwili sobie" tytuł hrabiowski i herb Korczak:
Nie mogę się dłużej opierać i muszę to potwierdzić: przodkowie Bronisława Komorowskiego wyłudzili od zaborców tytuł hrabiowski na podstawie sfałszowanych dokumentów.
Od jakiegoś czasu eksperci od genealogii szlacheckiej (jak p. Feliks J. Grabowski, np. tutaj) naciskali na mnie, bym sprostował informację o pochodzeniu Marszałka Sejmu, kandydata na urząd prezydenta RP, p. Bronisława Komorowskiego. Opierałem się, nie chcąc podejmować tak ważnej decyzji wbrew oficjalnie uznanym opracowaniom. Jest jednak kilka ważnych poszlak by uznać, że wszystkie nadania tytułu hrabiowskiego dla przodków Bronisława Komorowskiego, przez dwory cesarskie (rosyjski i austriacki) opierały się na przesłankach fałszywych. Tak się składa, że nie ma obecnie nikogo, kto byłby uprawniony do anulowania nadania tytułu hrabiowskiego, bo zarówno Rosja, jak i Austria są republikami i nie uznają tych tytułów. Mamy jednak niezależnie kwestię herbu polskiego, który nie wynika z nadania, ale z odwiecznej przynależności rodowej. Sprawy te rozpatrzymy więc osobno.
Nowy Almanach Błękitny zmarłego niedawno Sławomira Leitgebera, podaje pod hasłem Komorowski h. Korczak, piszący się “z Liptowa” i “z Orawy”:
"Linia wygasła: Nadanie: Piotr Komorowski mianowany został 1469 przez króla Węgier Macieja Korwina hrabią Liptowa i Orawy. Tytuł był związany jedynie ze sprawowaną funkcją. Po wygaśnięciu jego potomstwa, tytułu “hrabiego na Liptowie i Orawie” zaczął używać brat Piotra Mikołaj i jego potomkowie. Jeden z nich, Jakub (zm. 1781) miał uzyskać 1780 od króla Stanisława Augusta potwierdzenie tytułu hrabiowskiego."
"Linia żyjąca: Potwierdzenie: Komorowscy otrzymali uznanie dziedzicznych tytułów hrabiów w Galicji w 1793, 1803 i w Austrii 1894 (dla linii litewskiej).
Linia żyjąca: Potwierdzenie: w Królestwie Polskim 1824, w Rosji 1844 (tylko dla Gałęzi II)".
Według tejże pozycji, Bronisława Maria Karol hr. Komorowski (ur. 1952) należy do wspomnianej tu Linii Litewskiej i jest potomkiem Piotra Jana Komorowskiego (1838-1905), właściciela dóbr Radkuny, który poślubił w 1863 r. Felicję Komorowską herbu Korczak.
Wstępny obraz rzeczywistości jest więc następujący: p. Bronisław Komorowski, jako członek Linii Litewskiej Komorowskich ma potwierdzony dziedziczny tytuł hrabiowski jako potomek brata hrabiego liptowsko-orawskiego Piotra Komorowskiego. Oczywiście – jak wspomniano – hrabia liptowsko-orawski nie był w żadnym sensie dziedzicznym tytułem arystokratycznym, więc tym bardziej bycie potomkiem jego brata w żadnym sensie nie uprawnia do posługiwania się dziedzicznym tytułem hrabiego. Jednak wydaje się, że kancelarie cesarskie potwierdzając tytuł hrabiowski Komorowskich były świadome tej “subtelności” i de facto uznały tenże tytuł ex post jako dziedziczny i tytularny (tzn. taki, który można nosić nawet nie sprawując władzy administracyjnej nad hrabstwem liptowsko-orawskim).
Przyjmijmy zatem, że potomkowie Mikołaja Komorowskiego, brata Piotra hrabiego liptowsko-orawskiego, mają obowiązujące prawo do posługiwania się tym tytułem. Czy p. Bronisław Komorowski jest jego męskim potomkiem?
Jak wspomniano, linia litewska otrzymała potwierdzenie w Austrii w roku 1894. Szczegóły tego dokumentu opisuje Sławomir Górzyński w pracy “Arystokracja polska w Galicji. Studium heraldyczno-genealogiczne”, DiG, Warszawa 2009. Wśród innych, których tego dotyczyło znajduje się Franz Anton von Liptawa und Orawa Komorowski wraz z rodziną otrzymał tytuł 13 kwietnia 1793. Ów Franciszek Antoni, urodzony 22 grudnia 1723 w Prusach, a zmarły 3 marca 1800 w Szirwytach, to praprapraprapradziadek w linii męskiej znanego nam wszystkim Bronisława Komorowskiego. Miał on być synem Jakub Bartłomieja Komorowskiego urodzonego 5 stycznia 1697 w Laszkach i Antoniny Zofii Pawłowskiej urodzonej 7 marca 1703 w Zaloczu, a wnukiem Michała Komorowskiego i Barbary Łopackiej.
Byłoby dobrze, ale… Owa Barbara Łopacka, spokrewniona ze mną na kilka sposobów (np. jej pradziadkiem był stolnik czerski Bartłomiej Grabianka, mój przodek w lini prostej, a jej prapradziadkiem był kasztelan zakroczymski Mikołaj Krzysztof Łopacki, również mój przodek w linii prostej) nie mogła być babcią owego Franciszka Antoniego Komorowskiego. Jej synem był wszak urodzony w 1724 r. kasztelan santocki Jakub Komorowski, który z pewnością nie był tym samym Jakubem Bartłomiejem Komorowskim, urodzonym rzekomo 27 lat wcześniej. Urodzony w 1724 r. kasztelan Jakub Komorowski to teść Szczęsnego Potockiego, ojciec tragicznie zmarłej jego pierwszej żony, słynnej Gertudy Komorowskiej i na pewno nie o niego chodzi. Wyjaśnię też, że cześnik owrucki Michał Komorowski poślubił Barbarę Łopacką w roku 1715, a więc mógł być co najwyżej ojcem Franciszka Antoniego urodzonego w 1723. Swoją drogą nadmienić warto, że kasztelan santocki Jakub Komorowski, istotnie miał syna Franciszka Antoniego, tenże urodził się jednak dopiero w roku 1766 i zmarł bezpotomnie.
Adam Boniecki, w uzupełnieniach do XI tomu swojego “Herbarza” cytuje jednak inny dokument, “wywód ze szlachectwa i tytułu hrabiowskiego, dokonany 1805 r., przed Deputacyą Wywodową litewsko-wileńską, przez potomków Franciszka Komorowskiego, strażnika wiłkomierskiego”. Tak, to właśnie ów Franciszek Antoni Komorowski, wspomniany praprapraprapradziadek marszałka Bronisława Komorowskiego. Czy jest możliwe, że choć wywód austriacki z 1894 był sfałszowany, to jednak wywód wileński z roku 1805 jest prawdziwy? Oba prawdziwe być przecież nie mogą, bo podają zupełnie inną genealogię Franciszka Komorowskiego. Do niedawna przyjmowałem, że tak. Potomek kasztelana santockiego Jakuba Komorowskiego, ś.p. Piotr hr. Komorowski, przekazał mi odpis tego wileńskiego wywodu z roku 1805, w którym czytam:
“wywodzący się powracają do Najstarszego Syna Stefana Rotmistrza Królewskiego, brata rodzonego Adama, Jana Hrabi Komorowskiego z Myszkowskiej Kasztelanki Bielskiej urodzonego, który jak się powyżej rzekło miał w zamęściu także Komorowską, ale herbu Łabędź y z nią spłodził synów dwóch, Franciszka bezpotomnie zmarłego y Michała Łowczego Buskiego, dziedzica na Susznie y Niestaniewiczach, Męża w działach rycerskich na wielu ekspedycjach wojennych doświadczonego, który z kilku żon, między innemi płci obojej Potomstwem najstarszego zostawił syna Jana = a ten z Zofii Pogańskiej Cześnikówny Sanockiej spłodził dwóch Bartłomieja i Marcina, z których starszy [tj. Bartłomiej] będąc od ojca wyposażonym z Dóbr Ojczystych jak o tym zrzeczna Kwitancyja tego Tranzakcya w roku 1702 nazajutrz po Feście Św-go Wojciecha 25 dnia kwietnia przed Akt Buskiemi dla ojca Jana, syna niegdyś Michałowego Hrabi Komorowskiego uczyniona y zeznaniem osobistym w owych że aktach stwierdzona poświadcza. Sam wkrótce z Korony Polskiej przeniósł się na Litwę w powiat Wiłkomirski, gdzie połączony ślubnym związkiem z Teresą Hektora Dziembowskiego córką Oboźnego wziął po niej w wianie posagowym Dziedziczne Dobra: Rawiszki, Gikanie, Zośnica y Kołpaciszki, a z onych Zośnica i Kołpaciszki sprzedawszy, Rawiszki zaś i Gikanie przy sobie zatrzymał. Był Podczaszym Wiłkomirskim, jakowy Urząd w nagrodę zasług Krajowi Ojczystemu Ojczystemu panującym Monarchom pełnionym, Najjaśniejszy August III-ci Król Polski przywilejem swym 1742 Maja 12 dnia łaskawie mu konferował, z pomienioną Oziembłowską dziewięcioro spłodził potomstwa – synów czterech: Franciszka Strażnika Wiłkomirskiego, Hektora Miecznika także Wiłkomirskiego, Antoniego Starostę Małdyńskiego oraz Józefa w Zakonie Sw. Ignacego Societatis Jesu y córek pięć: Annę w zamęściu Ciecierską, Teresę I voto Szukową, Maryancellę w zamęściu Szemiotową Ciwunową Retowską Księstwa Żmudzkiego, Żmudzkiego Teodorę i Józefatę zakonnicę pierwszą w Konwencie Kowieńskim Sw. Franciszka, drugą w Konwencie Wileńskim Panien Wizytek.”
Czy istotnie zatem wspomniany tu Bartłomiej Komorowski pochodził z tej samej rodziny, co Komorowscy herbu Korczak, którzy otrzymali potwierdzenie (wątpliwego) tytułu hrabiowskiego? Wydaje się, że ta druga genealogia też jest fałszywa.
Adam Boniecki w swoim “Herbarzu” oryginalnie umieścił tę rodzinę Komorowskich (nazwijmy ją dla wygody “Linią Bronisława”) w rozdziale o Komorowskich herbu Dołęga (ściślej: Dołęga odmienna). Później zamieścił zagadkową erratę, pisząc:
“Idąc za wskazówkami podanemi przez pisarzy heraldycznych, o Komorowskich piszących, uważaliśmy, że wszyscy Komorowscy, powiat wiłkomierski zamieszkujący, są h. Dołęga odm. Tymczasem, z przedstawionego nam wywodu ze szlachectwa i tytułu hrabiowskiego, dokonanego 1805 r., przed Deputacyą Wywodową litewsko-wileńską, przez potomków Franciszka Komorowskiego, strażnika wiłkomierskiego, okazuje się, że obok Bartłomieja Komorowskiego h. Dołęga odm., syna Samuela (patrz Tom. X, str. 387), którego właśnie wzięliśmy za ojca Franciszka Komorowskiego, strażnika wiłkomierskiego, żył w tymże czasie, w powiecie wiłkomierskim, inny Bartłomiej h. Korczak, który przeniósł się z województwa bełskiego, w powiat wiłkomierski. Był on synem Jana i Zofii Polańskiej, cześnikówny sanockiej, a wnukiem Michała, o czem poucza nas akt, którym, opuszczając strony rodzinne, zrzekł się 1708 r. w aktach buskich majątku rodzicielskiego, na rzecz wymienionego ojca swego.”
Czy istotnie było dwóch Bartłomiejów Komorowskich, jak podaje ów wywód? Wydany pod red. prof. Andrzeja Rachuby spis Urzędnicy Wielkiego Księstwa Litewskiego, tom I, woj. wileńskie XIV-XVIII wiek (DiG, Warszawa 2004) wymienia owego Bartłomieja Komorowskiego, który 12 maja 1742 został nominowany na stanowisko podczaszego wiłkomierskiego z piastowanego wcześniej urzędu skarbnika zakroczymskiego. Niestety, ziemia zakroczymska interesuje mnie bardzo, ze względu m.in. na to, że w owym 1742 roku sędzią ziemskim zakroczymskim był Antoni Radzicki, prapraprapradziadek mojej babci Zofii z Radzickich Minakowskiej. Zarówno ja, jak i moi koledzy, przeglądaliśmy księgi sądowe (grodzkie i ziemskie) zakroczymskie z tego okresu, nie znajdując tam żadnego skarbnika zakroczymskiego Bartłomieja Komorowskiego. Skarbnik ziemski zakroczymski był zresztą bardzo niskim urzędem jak na pana hrabiego Komorowskiego. Nie ma też żadnego powodu, by Komorowscy herbu Korczak tam żyli, chyba że weszli w związki ze wspomnianymi wcześniej Łopackimi i Grabiankami, ale ta genealogia została już przez nas wcześniej odrzucona. Nie udało się znaleźć żadnych wiarygodnych dokumentów, które stwierdzałyby, że istotnie ów Bartłomiej Komorowski przyjechał do powiatu wiłkomierskiego z Korony. Ów Jan, rzekomo żonaty z Zofią Pogańską cześnikówną sanocką, nie jest skądinąd znany. Wydaje się zatem, że wbrew owemu wywodowi Bartłomiej Komorowski, przodek linii Bronisława, istotnie pochodził z Komorowskich herbu Dołęga z powiatu wiłkomierskiego.
Najważniejsze jednak że przyjęcie że Bronisław Komorowski nosi herb Dołęga i nie należy do rodziny hrabiów na Liptowie i Orawie wyjaśnia bardzo wiele. Spójrzmy, kim był ów wiłkomierzanin (nie zakroczymianin) Bartłomiej K. Był to syn zmarłego w roku 1689 marszałka Trybunału Litewskiego Samuela Komorowskiego i Katarzyny Dunin-Rajeckiej. Wnuk księżniczki Elżbiety Druckiej-Sokolińskiej i jej męża marszałka lidzkiego Teofila Dunin-Rajeckiego. Jego prababcią była Marianna Sapieżanka (z “tych” Sapiehów), córka Mikołaja Sapiehy kuchmistrza wielkiego litewskiego (1548-1611), a pradziadkiem był zmarły w 1655 wojewoda miński Krzysztof Rudomina-Dusiatski.
I to ta właśnie genealogia jest dla mnie największym dowodem, że Bronisław Komorowski nie ma herbu Korczak tylko Dołęga odm. – jego wiłkomierscy przodkowie byli rodziną niewątpliwie bogatą i wpływową. Kiedy nadeszły zabory postanowili utwierdzić swoją pozycję i nie mogąc dzierżyć zlikwidowanych już tytułów litewskich, “przyznali się” do rodziny Komorowskich herbu Korczak i ich wątpliwego hrabiostwa liptowsko-orawskiego. Można uznać, że gdyby nie zabory, nie musieliby tego robić. Co – rzecz jasna – wcale nie pozwala na stwierdzenie, że skoro zabory przyszły, to zrobić to musieli. W tę stronę non sequitur.
Sam pomysł na “przyklejenie się” do linii hrabiowskiej wziął się jednak już wcześniej: brat Franciszka Antoniego (a właściwie Franciszka, bo drugie imię nadano mu chyba dopiero po śmierci), Antoni Komorowski, był dworzaninem należącego do Korczaków prymasa Adama Komorowskiego i przy elekcji Stanisława Augusta (1764) podpisał się jako jako Antoni z Liptowy i Orawy Komorowski.
[Dopisek późniejszy]
Nie miał wątpliwości Seweryn hr. Uruski w swoim herbarzu Rodzina wymienia te osoby explicite w rozdziale “Komorowski h. Dołęga odm.” wiedząc o ich pretensjach, co wyraził słowami:
“Bartłomiej, dziedzic Rawiszek, podczaszy wiłkomierski 1734 r., zaślubił Teresę Oziębłowską i z niej pozostawił synów: Franciszka [to przodek m.in. marszałka Bronisława], Hektora, miecznika wiłkomierskiego 1761 r., Józefa, Jezuitę, i Antoniego, starostę meldyńskiego, podstolego 1766 r., a ostatnio 1781 r. wojskiego wiłkomierskiego, żonatego z Agnieszką Morykoniówną, który w 1764 r. podpisał elekcyę z pow. wiłkomierskim, pisząc się dowolnie z Liptowa i Orawy.” [S. Uruski, Rodzina, t. VII, s. 138]
Co istotne, tom ten został opublikowany w roku 1910, a więc już po publikacji Bonieckiego i 16 lat po uzyskaniu przez tę linię potwierdzenia tytułu hrabiowskiego w Austrii…
Nie mogę się dłużej opierać i muszę to potwierdzić: przodkowie Bronisława Komorowskiego wyłudzili od zaborców tytuł hrabiowski na podstawie sfałszowanych dokumentów.
Od jakiegoś czasu eksperci od genealogii szlacheckiej (jak p. Feliks J. Grabowski, np. tutaj) naciskali na mnie, bym sprostował informację o pochodzeniu Marszałka Sejmu, kandydata na urząd prezydenta RP, p. Bronisława Komorowskiego. Opierałem się, nie chcąc podejmować tak ważnej decyzji wbrew oficjalnie uznanym opracowaniom. Jest jednak kilka ważnych poszlak by uznać, że wszystkie nadania tytułu hrabiowskiego dla przodków Bronisława Komorowskiego, przez dwory cesarskie (rosyjski i austriacki) opierały się na przesłankach fałszywych. Tak się składa, że nie ma obecnie nikogo, kto byłby uprawniony do anulowania nadania tytułu hrabiowskiego, bo zarówno Rosja, jak i Austria są republikami i nie uznają tych tytułów. Mamy jednak niezależnie kwestię herbu polskiego, który nie wynika z nadania, ale z odwiecznej przynależności rodowej. Sprawy te rozpatrzymy więc osobno.
Nowy Almanach Błękitny zmarłego niedawno Sławomira Leitgebera, podaje pod hasłem Komorowski h. Korczak, piszący się “z Liptowa” i “z Orawy”:
"Linia wygasła: Nadanie: Piotr Komorowski mianowany został 1469 przez króla Węgier Macieja Korwina hrabią Liptowa i Orawy. Tytuł był związany jedynie ze sprawowaną funkcją. Po wygaśnięciu jego potomstwa, tytułu “hrabiego na Liptowie i Orawie” zaczął używać brat Piotra Mikołaj i jego potomkowie. Jeden z nich, Jakub (zm. 1781) miał uzyskać 1780 od króla Stanisława Augusta potwierdzenie tytułu hrabiowskiego."
"Linia żyjąca: Potwierdzenie: Komorowscy otrzymali uznanie dziedzicznych tytułów hrabiów w Galicji w 1793, 1803 i w Austrii 1894 (dla linii litewskiej).
Linia żyjąca: Potwierdzenie: w Królestwie Polskim 1824, w Rosji 1844 (tylko dla Gałęzi II)".
Według tejże pozycji, Bronisława Maria Karol hr. Komorowski (ur. 1952) należy do wspomnianej tu Linii Litewskiej i jest potomkiem Piotra Jana Komorowskiego (1838-1905), właściciela dóbr Radkuny, który poślubił w 1863 r. Felicję Komorowską herbu Korczak.
Wstępny obraz rzeczywistości jest więc następujący: p. Bronisław Komorowski, jako członek Linii Litewskiej Komorowskich ma potwierdzony dziedziczny tytuł hrabiowski jako potomek brata hrabiego liptowsko-orawskiego Piotra Komorowskiego. Oczywiście – jak wspomniano – hrabia liptowsko-orawski nie był w żadnym sensie dziedzicznym tytułem arystokratycznym, więc tym bardziej bycie potomkiem jego brata w żadnym sensie nie uprawnia do posługiwania się dziedzicznym tytułem hrabiego. Jednak wydaje się, że kancelarie cesarskie potwierdzając tytuł hrabiowski Komorowskich były świadome tej “subtelności” i de facto uznały tenże tytuł ex post jako dziedziczny i tytularny (tzn. taki, który można nosić nawet nie sprawując władzy administracyjnej nad hrabstwem liptowsko-orawskim).
Przyjmijmy zatem, że potomkowie Mikołaja Komorowskiego, brata Piotra hrabiego liptowsko-orawskiego, mają obowiązujące prawo do posługiwania się tym tytułem. Czy p. Bronisław Komorowski jest jego męskim potomkiem?
Jak wspomniano, linia litewska otrzymała potwierdzenie w Austrii w roku 1894. Szczegóły tego dokumentu opisuje Sławomir Górzyński w pracy “Arystokracja polska w Galicji. Studium heraldyczno-genealogiczne”, DiG, Warszawa 2009. Wśród innych, których tego dotyczyło znajduje się Franz Anton von Liptawa und Orawa Komorowski wraz z rodziną otrzymał tytuł 13 kwietnia 1793. Ów Franciszek Antoni, urodzony 22 grudnia 1723 w Prusach, a zmarły 3 marca 1800 w Szirwytach, to praprapraprapradziadek w linii męskiej znanego nam wszystkim Bronisława Komorowskiego. Miał on być synem Jakub Bartłomieja Komorowskiego urodzonego 5 stycznia 1697 w Laszkach i Antoniny Zofii Pawłowskiej urodzonej 7 marca 1703 w Zaloczu, a wnukiem Michała Komorowskiego i Barbary Łopackiej.
Byłoby dobrze, ale… Owa Barbara Łopacka, spokrewniona ze mną na kilka sposobów (np. jej pradziadkiem był stolnik czerski Bartłomiej Grabianka, mój przodek w lini prostej, a jej prapradziadkiem był kasztelan zakroczymski Mikołaj Krzysztof Łopacki, również mój przodek w linii prostej) nie mogła być babcią owego Franciszka Antoniego Komorowskiego. Jej synem był wszak urodzony w 1724 r. kasztelan santocki Jakub Komorowski, który z pewnością nie był tym samym Jakubem Bartłomiejem Komorowskim, urodzonym rzekomo 27 lat wcześniej. Urodzony w 1724 r. kasztelan Jakub Komorowski to teść Szczęsnego Potockiego, ojciec tragicznie zmarłej jego pierwszej żony, słynnej Gertudy Komorowskiej i na pewno nie o niego chodzi. Wyjaśnię też, że cześnik owrucki Michał Komorowski poślubił Barbarę Łopacką w roku 1715, a więc mógł być co najwyżej ojcem Franciszka Antoniego urodzonego w 1723. Swoją drogą nadmienić warto, że kasztelan santocki Jakub Komorowski, istotnie miał syna Franciszka Antoniego, tenże urodził się jednak dopiero w roku 1766 i zmarł bezpotomnie.
Adam Boniecki, w uzupełnieniach do XI tomu swojego “Herbarza” cytuje jednak inny dokument, “wywód ze szlachectwa i tytułu hrabiowskiego, dokonany 1805 r., przed Deputacyą Wywodową litewsko-wileńską, przez potomków Franciszka Komorowskiego, strażnika wiłkomierskiego”. Tak, to właśnie ów Franciszek Antoni Komorowski, wspomniany praprapraprapradziadek marszałka Bronisława Komorowskiego. Czy jest możliwe, że choć wywód austriacki z 1894 był sfałszowany, to jednak wywód wileński z roku 1805 jest prawdziwy? Oba prawdziwe być przecież nie mogą, bo podają zupełnie inną genealogię Franciszka Komorowskiego. Do niedawna przyjmowałem, że tak. Potomek kasztelana santockiego Jakuba Komorowskiego, ś.p. Piotr hr. Komorowski, przekazał mi odpis tego wileńskiego wywodu z roku 1805, w którym czytam:
“wywodzący się powracają do Najstarszego Syna Stefana Rotmistrza Królewskiego, brata rodzonego Adama, Jana Hrabi Komorowskiego z Myszkowskiej Kasztelanki Bielskiej urodzonego, który jak się powyżej rzekło miał w zamęściu także Komorowską, ale herbu Łabędź y z nią spłodził synów dwóch, Franciszka bezpotomnie zmarłego y Michała Łowczego Buskiego, dziedzica na Susznie y Niestaniewiczach, Męża w działach rycerskich na wielu ekspedycjach wojennych doświadczonego, który z kilku żon, między innemi płci obojej Potomstwem najstarszego zostawił syna Jana = a ten z Zofii Pogańskiej Cześnikówny Sanockiej spłodził dwóch Bartłomieja i Marcina, z których starszy [tj. Bartłomiej] będąc od ojca wyposażonym z Dóbr Ojczystych jak o tym zrzeczna Kwitancyja tego Tranzakcya w roku 1702 nazajutrz po Feście Św-go Wojciecha 25 dnia kwietnia przed Akt Buskiemi dla ojca Jana, syna niegdyś Michałowego Hrabi Komorowskiego uczyniona y zeznaniem osobistym w owych że aktach stwierdzona poświadcza. Sam wkrótce z Korony Polskiej przeniósł się na Litwę w powiat Wiłkomirski, gdzie połączony ślubnym związkiem z Teresą Hektora Dziembowskiego córką Oboźnego wziął po niej w wianie posagowym Dziedziczne Dobra: Rawiszki, Gikanie, Zośnica y Kołpaciszki, a z onych Zośnica i Kołpaciszki sprzedawszy, Rawiszki zaś i Gikanie przy sobie zatrzymał. Był Podczaszym Wiłkomirskim, jakowy Urząd w nagrodę zasług Krajowi Ojczystemu Ojczystemu panującym Monarchom pełnionym, Najjaśniejszy August III-ci Król Polski przywilejem swym 1742 Maja 12 dnia łaskawie mu konferował, z pomienioną Oziembłowską dziewięcioro spłodził potomstwa – synów czterech: Franciszka Strażnika Wiłkomirskiego, Hektora Miecznika także Wiłkomirskiego, Antoniego Starostę Małdyńskiego oraz Józefa w Zakonie Sw. Ignacego Societatis Jesu y córek pięć: Annę w zamęściu Ciecierską, Teresę I voto Szukową, Maryancellę w zamęściu Szemiotową Ciwunową Retowską Księstwa Żmudzkiego, Żmudzkiego Teodorę i Józefatę zakonnicę pierwszą w Konwencie Kowieńskim Sw. Franciszka, drugą w Konwencie Wileńskim Panien Wizytek.”
Czy istotnie zatem wspomniany tu Bartłomiej Komorowski pochodził z tej samej rodziny, co Komorowscy herbu Korczak, którzy otrzymali potwierdzenie (wątpliwego) tytułu hrabiowskiego? Wydaje się, że ta druga genealogia też jest fałszywa.
Adam Boniecki w swoim “Herbarzu” oryginalnie umieścił tę rodzinę Komorowskich (nazwijmy ją dla wygody “Linią Bronisława”) w rozdziale o Komorowskich herbu Dołęga (ściślej: Dołęga odmienna). Później zamieścił zagadkową erratę, pisząc:
“Idąc za wskazówkami podanemi przez pisarzy heraldycznych, o Komorowskich piszących, uważaliśmy, że wszyscy Komorowscy, powiat wiłkomierski zamieszkujący, są h. Dołęga odm. Tymczasem, z przedstawionego nam wywodu ze szlachectwa i tytułu hrabiowskiego, dokonanego 1805 r., przed Deputacyą Wywodową litewsko-wileńską, przez potomków Franciszka Komorowskiego, strażnika wiłkomierskiego, okazuje się, że obok Bartłomieja Komorowskiego h. Dołęga odm., syna Samuela (patrz Tom. X, str. 387), którego właśnie wzięliśmy za ojca Franciszka Komorowskiego, strażnika wiłkomierskiego, żył w tymże czasie, w powiecie wiłkomierskim, inny Bartłomiej h. Korczak, który przeniósł się z województwa bełskiego, w powiat wiłkomierski. Był on synem Jana i Zofii Polańskiej, cześnikówny sanockiej, a wnukiem Michała, o czem poucza nas akt, którym, opuszczając strony rodzinne, zrzekł się 1708 r. w aktach buskich majątku rodzicielskiego, na rzecz wymienionego ojca swego.”
Czy istotnie było dwóch Bartłomiejów Komorowskich, jak podaje ów wywód? Wydany pod red. prof. Andrzeja Rachuby spis Urzędnicy Wielkiego Księstwa Litewskiego, tom I, woj. wileńskie XIV-XVIII wiek (DiG, Warszawa 2004) wymienia owego Bartłomieja Komorowskiego, który 12 maja 1742 został nominowany na stanowisko podczaszego wiłkomierskiego z piastowanego wcześniej urzędu skarbnika zakroczymskiego. Niestety, ziemia zakroczymska interesuje mnie bardzo, ze względu m.in. na to, że w owym 1742 roku sędzią ziemskim zakroczymskim był Antoni Radzicki, prapraprapradziadek mojej babci Zofii z Radzickich Minakowskiej. Zarówno ja, jak i moi koledzy, przeglądaliśmy księgi sądowe (grodzkie i ziemskie) zakroczymskie z tego okresu, nie znajdując tam żadnego skarbnika zakroczymskiego Bartłomieja Komorowskiego. Skarbnik ziemski zakroczymski był zresztą bardzo niskim urzędem jak na pana hrabiego Komorowskiego. Nie ma też żadnego powodu, by Komorowscy herbu Korczak tam żyli, chyba że weszli w związki ze wspomnianymi wcześniej Łopackimi i Grabiankami, ale ta genealogia została już przez nas wcześniej odrzucona. Nie udało się znaleźć żadnych wiarygodnych dokumentów, które stwierdzałyby, że istotnie ów Bartłomiej Komorowski przyjechał do powiatu wiłkomierskiego z Korony. Ów Jan, rzekomo żonaty z Zofią Pogańską cześnikówną sanocką, nie jest skądinąd znany. Wydaje się zatem, że wbrew owemu wywodowi Bartłomiej Komorowski, przodek linii Bronisława, istotnie pochodził z Komorowskich herbu Dołęga z powiatu wiłkomierskiego.
Najważniejsze jednak że przyjęcie że Bronisław Komorowski nosi herb Dołęga i nie należy do rodziny hrabiów na Liptowie i Orawie wyjaśnia bardzo wiele. Spójrzmy, kim był ów wiłkomierzanin (nie zakroczymianin) Bartłomiej K. Był to syn zmarłego w roku 1689 marszałka Trybunału Litewskiego Samuela Komorowskiego i Katarzyny Dunin-Rajeckiej. Wnuk księżniczki Elżbiety Druckiej-Sokolińskiej i jej męża marszałka lidzkiego Teofila Dunin-Rajeckiego. Jego prababcią była Marianna Sapieżanka (z “tych” Sapiehów), córka Mikołaja Sapiehy kuchmistrza wielkiego litewskiego (1548-1611), a pradziadkiem był zmarły w 1655 wojewoda miński Krzysztof Rudomina-Dusiatski.
I to ta właśnie genealogia jest dla mnie największym dowodem, że Bronisław Komorowski nie ma herbu Korczak tylko Dołęga odm. – jego wiłkomierscy przodkowie byli rodziną niewątpliwie bogatą i wpływową. Kiedy nadeszły zabory postanowili utwierdzić swoją pozycję i nie mogąc dzierżyć zlikwidowanych już tytułów litewskich, “przyznali się” do rodziny Komorowskich herbu Korczak i ich wątpliwego hrabiostwa liptowsko-orawskiego. Można uznać, że gdyby nie zabory, nie musieliby tego robić. Co – rzecz jasna – wcale nie pozwala na stwierdzenie, że skoro zabory przyszły, to zrobić to musieli. W tę stronę non sequitur.
Sam pomysł na “przyklejenie się” do linii hrabiowskiej wziął się jednak już wcześniej: brat Franciszka Antoniego (a właściwie Franciszka, bo drugie imię nadano mu chyba dopiero po śmierci), Antoni Komorowski, był dworzaninem należącego do Korczaków prymasa Adama Komorowskiego i przy elekcji Stanisława Augusta (1764) podpisał się jako jako Antoni z Liptowy i Orawy Komorowski.
[Dopisek późniejszy]
Nie miał wątpliwości Seweryn hr. Uruski w swoim herbarzu Rodzina wymienia te osoby explicite w rozdziale “Komorowski h. Dołęga odm.” wiedząc o ich pretensjach, co wyraził słowami:
“Bartłomiej, dziedzic Rawiszek, podczaszy wiłkomierski 1734 r., zaślubił Teresę Oziębłowską i z niej pozostawił synów: Franciszka [to przodek m.in. marszałka Bronisława], Hektora, miecznika wiłkomierskiego 1761 r., Józefa, Jezuitę, i Antoniego, starostę meldyńskiego, podstolego 1766 r., a ostatnio 1781 r. wojskiego wiłkomierskiego, żonatego z Agnieszką Morykoniówną, który w 1764 r. podpisał elekcyę z pow. wiłkomierskim, pisząc się dowolnie z Liptowa i Orawy.” [S. Uruski, Rodzina, t. VII, s. 138]
Co istotne, tom ten został opublikowany w roku 1910, a więc już po publikacji Bonieckiego i 16 lat po uzyskaniu przez tę linię potwierdzenia tytułu hrabiowskiego w Austrii…






